Napisane w 1932 roku „Narkotyki” są swego rodzaju rozprawą Stanisława Ignacego Witkiewicza z własnymi słabościami, ale też z pokutującą opinią – wśród jemu współczesnych – na temat stylu życia i jego skłonności do uzależnień. Jako forma polemiki z „łatką” degenerata tekst ani trochę nie przekonał krytyków autora „Nienasycenia”, przekorność tej publicystyki, jej ironia, są aż nadto widoczne. Nie palcie, nie pijcie, nie zażywajcie kokainy – spróbujcie w razie czego peyotlu. Myjcie się porządnie i gimnastykujcie, golcie się moją metodą, nie puszcie się, bo szkoda czasu – pisze kończąc swój esej, w którym tyleż samo złośliwości pod adresem „jadów”, jak i pochwał nieszczędzonych tymże. „Narkotyki”, choć są tekstem w zamierzeniu eseistycznym, stanowią ciekawe uzupełnienie twórczości zarówno literackiej Witkacego, jak i swego rodzaju appendix (uwielbiał appendiksy) do malarstwa, które często sygnował literkami rejestrującymi stan, w jakim tworzył. Wielokrotnie zresztą w „Narkotykach” powtarza, że te, choć z natury swej toksyczne, mają swoje zastosowanie twórcze i w zasadzie mogły by być dozwolone artystom i literatom, którzy wiedzą z absolutną pewnością, że w krótkim czasie mogą się „wyprztykać” i że bezwzględnie bez pomocy alkoholu nic by wartościowego nie stworzyli. Obrazowy język jest podstawowym walorem tego dzieła, gdy przesłanie pedagogiczne pozostaje mocno wątpliwe. Witkacy opisuje własne stany „pod wpływem”, swoje upadki, słabości, powroty do nałogów, ale i fascynacje. Tekst ten po latach nie traci na świeżości, właśnie dzięki obrazowości relacji. Oto próbka poetyckiej wizji używek: Czaszka pokrywa się sadzą – w tej sadzy zawstydzone topazowe oczko. To jest nikotyna. Pół czaszki oddziela się. Z oczodołu wypełza wąż w tęczowych kolorach i patrzy na mnie czarnymi oczkami. Jest pokryty piórkami kolibrzymi. To jest alkohol. Znowu pół czaszki oddziela się i pokrywa się białym puchem niezmiernie delikatnym. W puchu tym tkwią oczy kobiece błękitne – cudownie piękne i mądre. U dołu wyrasta mała rączka z białego zamszu z czarnymi kocimi pazurkami. Rączka ta ściąga i popuszcza białe lejce, które zachodzą mi na kark, ale bez wrażeń dotykowych. To jest kokaina. Minęło niedawno 70 lat od samobójczej śmierci Stanisława Ignacego Witkiewicza. „Narkotyki” począwszy od 1975 roku wydawane były zazwyczaj w jednym tomie z wygrzebanym przez Annę Micińską, wieloletnią badaczkę twórczości artysty, esejem „Niemyte dusze”, w którym poruszone są zbliżone zagadnienia. Obecne wydanie zostało opatrzone przypisami, nieznacznie uwspółcześnione, całkowicie zachowany został jednak swobodny, pełen neologizmów, język Witkacego, zgodnie zresztą z jego własną sugestią: język jest rzeczą żywą, gdyby zawsze uważano go za mumię i myślano, że nic w nim zmienić nie wolno, to ładnie wyglądałaby literatura, poezja, a nawet to kochane i przeklęte życie. Dziś ponownie odczytywane „Narkotyki” wydają się być jednak nie tylko niezwykłą wycieczką w krainę wyobraźni i językową zabawą, lecz także mimowolnym głosem w dyskusji nad legalizacją miękkich narkotyków. W swoim traktacie o szkodliwości „jadów” Witkacy zaleca przede wszystkim umiar, także umiar w krytyce, zwalczaniu, zakazywaniu, bo o karaniu w ogóle nie ma nawet mowy – dostateczną karą za używanie wydaje się być zrujnowane zdrowie. |