Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. The Story of Crass po polsku
2. Pauluss o "Zbuntowanym życiu"
3. Włochaty rozpoczyna trasę
4. Dziś na Elbie
5. Jest już książka o Włochatym
6. Yes sir i will (album, 1983)
7. Włochaty bez Paulussa
8. WHAT IS THE FUCK
9. Recenzja "Crass - historia" z "Magazynu Literackiego KSIĄŻKI"
10. Recenzja z "Pasażera"
Wydawnictwo Jirafa Roja
Strony partnerskie
Kwartalnik Literacki Wyspa
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Urządzenia biurowe
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Xenna Moja Miłość
 
Crass z nazwy, prostacki z natury Wtorek, 6 Marca, 2007
Penny Rimbaud
  Poniżej zamieszczamy fragment trzeciego rozdziału książki Penny'ego Rimbauda "Zbuntowane życie". Polskie wydanie można zamawiać bezpośrednio z tej strony.
Rock’n’roll był rewolucją. Gdy pierwszy raz zobaczyłem, jak Elvis rusza biodrami, mój kutas natychmiast zareagował. Podczas służby Elvisa w armii, onanizowałem się niemal bez pamięci. To ci dopiero rewolucja. Ale rock’n’roll rzeczywiście był rewolucją. Raz za razem rozrywał kostnicę dobrego smaku i demolował rzeźnię społecznego wdzięku. Nadeszła moja kolej. Pojmowałem rewolucję jako pracę, bitwę, kopniak wymierzony archaicznym strukturom, które chciały mnie zmusić, bym uwierzył, że życie umarło. Byłem jednym z nowych dywersantów, bojownikiem ruchu oporu, kontrkulturystą, dążyłem do konfrontacji. Przesuwaliśmy się po krawędzi samokontroli, ulegając podstępnym wpływom, które zbyt długo już ukrywały naszą brutalną percepcję. Tak, nadeszła nasza kolej. Przez pierwsze miesiące 1977 roku Roxy Club, który był czarną dziurą w mokrych londyńskich ulicach, rurą kanalizacyjną wędrownych szczurów, gościł pewne zjawisko. Zjawisko to, zrodzone z hipisowskich zwłok Haight Ashbury, z wiejskich zagajników, gdzie anarchia przez te ostatnie lata ukrywała swoją twarz, wyszło ponownie na ulice, mówiąc o przyszłości pochowanej w narkotycznym burdelu lat sześćdziesiątych. Punk rozwinął swoje brudne skrzydła, wydobywając się z bagna stagnacji, jakim była sperma Beach Boysów w Malibu, śmiertelne żniwa Beatlesów w Parku Centralnym. Szalona zabawa na High Street. Sex Pistols, The Damned, The Clash: nowy dźwięk, nowe słownictwo. Mały brudny Roxy wlał do tego wszystkiego świeżej energii, a City nadstawiło uszu na dźwięk sklepowych kas. W ciągu sześciu miesięcy ruch został wykupiony. Kapitalistyczni kontrrewolucjoniści zabili go kasą. Punk zdegenerował się, zamiast być siłą prowadzącą do zmian, stał się kolejnym elementem w cyrku wielkich mediów. Wyprzedany, ugrzeczniony i stłumiony punk stał się kolejnym społecznym towarem, wypaloną pamięcią tego, jak mogłoby być. Po tym, rozumianym z perspektywy czasu, kulturowym walkowerze, Roxy otworzył swoje drzwi przede mną i przed moimi przyjaciółmi.

Narastały we mnie mdłości, alkohol przeprał całe moje ciało. Wszystko w moim wnętrzu próbowało znaleźć drogę ucieczki, testując słabą cielesną warstwę. Sprzęt nagłaśniający pulsował fałszywie brzmiącą gitarą, szarpał każdy nerw. Czułem, jak zapadam się w otchłań, jak podłoga napiera prosto na mnie. Ponownie stanąłem na nogach wspierany własną chęcią. Dyndając na kulach wewnętrznej pustki, zatoczyłem się z powrotem do perkusji, natomiast Steve ponownie podpełzł do mikrofonu.
– Nazywa się nas Crass, a ta piosenka ma tytuł „Owe Us A Living”. Raz, dwa, trzy… Jednak nie sprostał zadaniu, a po tym, jak wybełkotał kilka smutnych słów, potykając się o własny język, poddał się zupełnie.
– J-j-jebać to – zdołał jeszcze pokonać zakrzywienie czasoprzestrzenne, trzęsąc się w miarę, jak halucynacje przewalały się przez jego mózg, wiążąc jego kościstą szaleńczość w narkotycznym zamroczeniu.
Chęć opuszczenia sceny którąkolwiek stroną, prawą, lewą lub środkiem, owładnęła mną całkowicie, jednak niezdolny do podjęcia jakiegokolwiek działania, zatopiłem się w alkoholu i brutalnie zaatakowałem perkusję. Steve odwrócił się w moją stronę, jego oczy płonęły niemą złością.
– Zzza szybko, kurwa, spierdalaj. Za szybko…
– Albo kurwa za wolno – wybełkotałem. – Wybieraj.

Punk został szybko pochłonięty przez wygodny, oparty na forsie charakter głównego nurtu kulturowego o nieograniczonych zdolnościach niweczenia. Młodzi rewolucjoniści, którzy byli protagonistami punka, poprzewracali się na plecy, by wydobyć z ruchu jego nowy komercyjny potencjał, a polityczne i społeczne korzenie punka zostały przysypane. „Graj tak, jak ci płacą” stało się nowym przesłaniem i jeśli Sex Pistols, The Damned, The Clash i reszta nowobogackich punków myśleli, że przekażą swoje przesłanie mimo komercjalizmu, to się mylili. Punk zaoferował alternatywę prestiżowym gwiazdom początku lat siedemdziesiątych, a fotka Johnny’ego Rottena na okładkach kolorowych pisemek zadała kłam wszystkiemu, co punk reprezentował. Beatlesi byli martwi. Bowie był martwy. Stonesi zawsze byli martwi, a teraz pierwsza fala punków też była martwa. Rozdarte bluzy stały się „de rigueur”. Obowiązkowa była również agrafka. Nadal mówiło się o rewolucji, jednak tym razem mówiło się o niej z siedzeń limuzyn i z perspektywy czujących się bezpiecznie uzbrojonych umysłów, których pusta retoryka odbijała się od stali i szkła biur nowej śmietanki. Bacardi i bzdura. Cóż, widzieliśmy to wszystko z więziennych okien. Na ulice wyszła nowa generacja dysydentów i jeśli czekalibyśmy na rozkazy generała Rottena, popełnilibyśmy błąd. Tym razem obyliśmy się bez niczyjej pomocy.

Niczym chory leniwiec, Steve zdołał jakoś przebrnąć przez następną piosenkę.
– Dobrze? – łypnął okiem na publiczność, trzymając chwiejnie mikrofon poniżej swojego cuchnącego oddechu. – Dobrze?
Ale wcale nie było dobrze. Gitary beznadziejnie fałszowały, a moje bębnienie było nieudolne i staromodne. Cała piosenka, która była jedną z naszych najlepszych, brzmiała jak lament, a publiczność jakby na potwierdzenie tej opinii zdecydowanie milczała. Czego tak właściwie chcieli? Dźwięku muzyki? Punk z pewnością nie był tylko muzyką, był jakby… sposobem myślenia? Nie był także chwilową modą, ale… sposobem bycia? Czyż nie miał być wyrazem anarchii w Wielkiej Brytani, USA, czy gdziekolwiek indziej? Jeśli pierwsza fala punków stała się aksamitnym pokoleniem tzw. zippies, to teraz do nas należało nastawienie płyty. Nie mieliśmy zamiaru stać się kolejnymi ofiarami placu targowego. To my mieliśmy przywrócić punkowi honor.
Zastanawiałem się czy brzmieliśmy równie źle, jak wyglądaliśmy i jak się czuliśmy. Nie mogłem zdecydować, czy odrzucić ostatnią butelkę wina, czy się w niej utopić. Steve wyglądał na beznadziejnie słabego, kiedy tak zataczał się, jak targane na wietrze piórko. Kurczowo trzymał się mikrofonu, jakby to był jedyny solidny przedmiot we wszechświecie ciągłych zmian. Nagle stojak pod mikrofon zaczął topnieć i Steve znalazł się na podłodze, gdzie szarpał się nadzwyczajnie, parodiując psa świeżo obdartego ze skóry. Andy, zwykle wyszarpujący dzikie, agresywne rytmy na gitarze z pomocą równie agresywnych ruchów swojego ciała, padł na głośnik i zdawał się kiepsko naśladować ostatni publiczny występ Elvisa, zanim ten zmarł w Memphis.
Oczywiście, reprezentowaliśmy jakiś poziom, jednak tamtego wieczoru, mój poziom naciągnięty był do granic możliwości. Zwykle graliśmy szybko, szczerze, mocno i bezpośrednio. Tamtego jednak wieczoru było zupełnie na odwrót. Graliśmy totalne pierdoły i gdzieś w środku, pod oceanem alkoholu, wiedziałem o tym.
– Nie – powiedziało coś we mnie, a może ja to powiedziałem. Byłem zbyt zdezorientowany, by mieć pewność, jednakże fakt, iż powiedziałem „nie” był wyrazem mojego najwyższego poczucia wolności.
Po ponownym zmontowaniu mikrofonu i siebie Steve zdecydował, że nie chce wykonać następnej piosenki.
– Pieprzyć następną piosenkę – jęknąłem.
– Nie.
No tak, totalna wolność.
Wybiłem rytm kolejnej piosenki, dość zadowolony, że gram zgodnie z kaprysem Steve’a, kiedy nagle zorientowałem się, że ten postanowił jednak wykonać zupełnie inny utwór. Próbowałem zmienić tempo, jednak najpierw grałem za szybko, potem za wolno, aż w końcu, w przypływie desperacji, kopnąłem perkusję. Talerze rozsypały się po podłodze, tworząc fantastyczną eksplozję dźwięku, która wyrwała Steve’a ze śpiączki, a mnie z mojego stołka. Mój umysł, wykończony tym całodniowym mętlikiem, zdawał się ode mnie odpływać. Nie rozpoznawałem przedmiotów, nie wiedziałem, co robię i nie pamiętałem, co już zrobiłem, a tym bardziej nie miałem pojęcia, kim był ten, który mógł to wszystko zrobić. Gdzie w tym wszystkim byłem ja?

Jeśli firmy fonograficzne, właściciele klubów i prasa myśleli, że zdołają powstrzymać żywiołową energię punka, to miałem dla nich wiadomość, nawet jeśli wtedy nie byłem do końca pewien, jaką. Wprawdzie wyprzedali rodowód punków, jednak zapomnieli, że pochodzenie może ucierpieć w wychowaniu: mają potem popieprzone w głowach i słabe kolana. Punk wywodził się od zdania „zrób to sam”: swój własny zespół, własne dźwięki, własne słowa, swoje własne nastawienie i własna przyszłość. A przynajmniej naiwnie w to wierzyłem.
Spece twierdzący, że punk wyrósł z takich zespołów, jak New York Dolls, a swój prawdziwy wyraz znalazł w Sex Pistols, nie mieli racji. Sex Pistols byli mało ważni, równie dobrze mógłby to być każdy inny zespół. Grupy te były drugorzędne wobec nastawienia zrodzonego na ulicach, a nie wyprodukowanego w światku muzyki popularnej. Muzyka nie mogła brzmieć punkowo. Albo była punkiem, albo nim nie była. Punk był poświadczeniem autentyczności; autentyczności, która nie mogła być tylko klimatem jednego miesiąca. Podobnie jak blues, punk był muzyką ludzi, stworzoną dla ludzi i przez ludzi. Leadbelly śpiewał z więzienia, ale kogo to interesowało? Podobnie jak jazz, punk był wyrazem duszy, potwierdzeniem sensu życia. Bird został postawiony naprzeciwko kosza na śmieci i kazano mu grać, jednak kogo to interesowało? Jak prawdziwa poezja, tak i punk włączył się do rytmu życia, puls pożądania zamieniony został na marzenia pokolenia. Kerouac zmarł z butelką w ręce, ale kto by się tym przejmował?
Cokolwiek zrobimy, musimy zaakceptować fakt, że nasze nadzieje i obawy zostaną bezlitośnie wykorzystane przez tych, którzy nie mają nic lepszego do zaoferowania niż pieniądze. Podobnie jak wampiry, eksperci medialni od zawsze czekają tylko, by krew szybciej płynęła im w żyłach, bo w jaki inny sposób zdołaliby przetrwać? Kasa albo ukrzyżowanie, innymi słowy – oni koniecznie chcą nas dostać.
Źródło Zbuntowane życie
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz Kod *
Dodaj
Analiza oglšdalności witryny © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2