Poniżej zamieszczamy różne fragmenty wyjęte z ksiązki "Zbuntowane życie" Penny'ego Rimbauda poświęcone ruchowi punk, akcjom anarchistycznym i samemu ruchowui CRASS.
Pierwszy występ Crassu był darem dla dzikich lokatorów placu zabaw w północnym Londynie. Byliśmy w połowie piątej piosenki, kiedy odłączono nas od prądu.
– Absolutnie oburzające – wybełkotał starszy dżentelmen, który wyglądał, jakby uciekł ze studia filmów wojennych Ealing.
– Słuchaj koleś – wrzasnął Andy – wsadź tę pieprzoną wtyczkę z powrotem, zanim ja wsadzę ci ją w dupę.
Wynikłe zamieszanie rozbawiło publiczność znacznie bardziej niż nasz występ, co okazało się naszą pierwszą lekcją rock’n’rollowego kunsztu: lepsza awantura od dobrze zagranego, ale nudnego występu.
Przez następnych kilka miesięcy byliśmy w stanie usprawiedliwiać nasze istnienie nie odniesionym sukcesem, ale jego brakiem. Te pierwsze występy były chaotyczną mieszaniną niedoskonałości i niezależności i jeśli nawet wtyczki były wyjmowane, a kluby pustoszały, to kogo to obchodziło? Cóż, na początku może i nas nie obchodziło, ale po sześciu miesiącach szybkiego zmierzania donikąd, zaczęło. Było zabawnie, ale sam śmiech przestał nam już wystarczać. Przez alkoholowe i narkotyczne zamroczenie zaczęło do mnie docierać, że jeśli naprawdę chcemy przetrwać rygor, jaki narzuca rock’n’roll, musimy zewrzeć szeregi. Phil Free zastąpił ostatnio Raba, a Eve zaczęła wykazywać chęci w użyczaniu swojego głosu, było więc jasne, że nadszedł moment na dokonanie zmian. Moją pierwszą sugestią było zrezygnowanie ze wszelkich środków pobudzających, jednak spotkało się to z surową krytyką pozostałych członków zespołu, co z kolei sprawiło, że wieczór spędziłem samotnie. Podczas gdy ja dąsałem się w kuchni, reszta próbowała znaleźć perkusistę na moje miejsce. Wprawdzie nigdy zbytnio nie szczyciłem się swoimi rytmicznymi umiejętnościami, jednak okropne zawodzenie, jakie dochodziło z pokoju prób przekonało mnie, że na powrót do łask nie będę długo czekał. Następnego popołudnia doszliśmy do porozumienia w sprawie toksycznych substancji, od których na czas występów postanowiliśmy trzymać się z daleka.
– A co z symbolicznym piwkiem? – jęczał Steve.
– Albo skrętem? – wystrzelił Andy.
Wiedzieliśmy, że to tak naprawdę nie wypali, jednak zdecydowaliśmy się spróbować, gdyż wydawało nam się, że w ten sposób będziemy traktować się bardziej serio. Następnie przeszliśmy do dyskusji na temat stworzenia jakichś poważnych alternatyw dla wyprzedanego świata rock’n’rolla. Daliśmy sobie wiele obietnic, które od razu poszły w niepamięć. Chcieliśmy zaoferować coś, co z naszej strony byłoby raczej dawaniem niż braniem, coś wartościowego, co przetrwałoby chwilową modę. Ale w jaki sposób tego dokonać?
Zasadniczo wszyscy członkowie zespołu mieli poglądy lewicowe, aczkolwiek widziane z zupełnie różnych perspektyw. Zgodziliśmy się na system, w którym jeden głos sprzeciwu byłby wystarczający, by postawić weto każdemu pomysłowi czy kierunkowi, w jakim zmierzaliśmy. W ramach tych ustaleń każdy z nas czułby się na tyle wolny, by robić i mówić, co chce.
– Dobra, ale co z tym piwem? – naciskał Steve.
– Jest jakieś w lodówce – odpowiedziałem.
Wrócił z wszystkimi sześcioma puszkami.
Chcieliśmy uniknąć kultu osobowości, który zdawał się utrudniać życie wielu zespołom, i zdecydowaliśmy prezentować cały nasz dorobek pod wspólną nazwą Crass. Następnie, idąc dalej w kierunku anonimowości, postanowiliśmy, że wszyscy będziemy ubierać się na czarno.
Kolejnym krokiem oddalającym nas od całego rock’n’rollowego zgiełku, było zgodzenie się, że nasze przedstawienia powinny płonąć tylko swoim wewnętrznym światłem.
I na tym etapie naszych postanowień powrócił do nas Mick. Opuścił komunę kilka lat wcześniej, by prowadzić dom na podobnych zasadach, ale przez cały czas kontynuował robienie filmów i teraz zastanawiał się, czy znalazłaby się dla niego jakaś rola w naszych przedstawieniach. Podchwyciliśmy ten pomysł z entuzjazmem, zdawaliśmy sobie bowiem sprawę, że włączenie obrazu do naszej działalności wspaniale uwydatni przekaz. Wprawdzie z przekazem nigdy nie mieliśmy kłopotu, jednak gdyby ktoś nie mógł nas zrozumieć albo gdyby słowa naszych tekstów były śpiewane zbyt szybko, to w jaki sposób mielibyśmy przekazać to, co chcieliśmy przekazać? Stara maszyna Gestetnera po części rozwiązywała ten problem. Nigdy nie wyruszaliśmy w trasę bez mnóstwa ulotek wyjaśniających nasze myśli i przekonania. Dotyczyły one zarówno przemysłowego sabotażu, jak i produkcji chleba i dawały instrukcje nie tylko jak walczyć w rewolucji, ale również jak przetrwać z pełnym żołądkiem. Latem 1978 roku podniesieni na duchu przez Small Wander, ekscentryczną i zaciekle niezależną wytwórnię płyt, wydaliśmy nasz pierwszy album, zatytułowany „The Feeding Of The Five Thousand” („Karmienie pięciu tysięcy”). Tytuł nawiązuje do minimalnej liczby wydanych płyt, co i tak było – jak mniemaliśmy – o cztery tysiące dziewięćset sztuk za dużo, żeby je wszystkie sprzedać. Straciwszy jeden dzień na nagrywanie i kolejny na miksowanie, zdołaliśmy nagrać na płycie cały nasz repertuar.
Pierwsza ścieżka na albumie, „Reality Asylum” („Azyl rzeczywistości”), była mówionym kawałkiem w wykonaniu Eve, która wówczas przyjęła nazwisko Libertine. Fragment wzięty z mojej książki, „Christ’s Reality Asylum”, był wściekłym atakiem na chrześcijaństwo i, jak Marion Boyars ostrzegała, wpędził nas w natychmiastowe kłopoty. Nie mogliśmy znaleźć żadnej wytwórni, która zgodziłaby się wytłoczyć naszą płytę i żadnej drukarni, która wydrukowałaby okładkę. Daliśmy więc za wygraną i postanowiliśmy zastąpić ten fragment minutą ciszy, nazywając to „The Sound Of Free Speech” („Brzmienie wolności słowa”).
Wypuszczenie płyty zwiastowało początek czegoś, co można by nazwać długotrwałą niechęcią pomiędzy nami a muzyczną prasą. Żaden z dziennikarzy nie odwiedził naszego domu, ale każdy z nich miał swój własny pomysł na opisanie idei „Sound”:
…podczas gdy mężczyźni szarpią struny gitar, czy kopią warzywne grządki, kobiety siedzą pisząc wiersze i robiąc na drutach.
Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widział którąś z kobiet z zespołu robiącą chociaż jedną z tych rzeczy. Teraz mogę się przyznać, że ja sam zawsze miałem słabość do robienia na drutach siedząc przy kominku, ale w tamtym czasie publiczna znajomość tego faktu mogła zniszczyć mój wizerunek twardego faceta.
A zatem, skoro prasa lekceważąco nazywała nas „hipisami przebranymi za punków”, my w odwecie lekceważąco nazywaliśmy ich kłamiącymi i kapitalistycznymi gnojkami. Nie było to takie proste uzależnienie, ale gdybyśmy nie przyjęli ich reguł gry, nie promowaliby naszych płyt. Niemniej jednak, gdy „The Feeding Of The Five Thousand” zaczęła dominować na alternatywnych listach przebojów, ze światka muzyki popularnej zaczęły napływać oferty. Powiedziano nam, że rewolucja jest atrakcyjnym towarem, co widać na naszych koncertach, na których zjawia się pokaźna publiczność. Widok tłumu żarliwych młodych mężczyzn, ubranych w całości na czarno i gotowych zdobyć szturmem Bastylię na dźwięk uderzenia pałeczką perkusyjną, zmuszał mnie do zastanowienia się, czy stworzyliśmy publiczność, czy armię. Co ja mam z tym do cholery wspólnego?
Teraz, kiedy już przyciągaliśmy całkiem pokaźną publiczność, znaleźliśmy się pod stale wzrastającą presją określenia naszych politycznych sympatii. Lewica, przebrana za liberałów średniej klasy, chciała byśmy wspierali robotników, podczas gdy robotnicy, przeważnie przebrani za skinheadów, chcieli, byśmy wspierali prawicę. Zadowoleni z faktu, iż obu obozom podobało się to, co robiliśmy, zdecydowaliśmy oddzielić się od nich, włączając do występów anarchistyczny sztandar.
Już od najwcześniejszych koncertów wywieszaliśmy sztandar, na którym znajdował się symbol zaprojektowany dla „Christ’s Reality Asylum”. Jeśli chodzi o stronę graficzną jego ogromna siła tkwiła w tym, że mógł znaczyć wszystko i dla każdego, jednak politycznie miał jedną poważną słabość: symbol faszyzmu czy metafora socjalizmu? Włączenie anarchistycznego sztandaru oczyściło atmosferę i oba obozy zdawały się być zadowolone, że nie wspieramy opozycji. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie niesie za sobą trzymanie się środka, jednak było ono niczym w porównaniu z tym, jakie mogłoby nam zagrażać, gdybyśmy trzymali się spolaryzowanego politycznego pozerstwa. Tak długo, jak długo byliśmy w stanie lekceważyć każdy z obozów, nie musieliśmy ich ujmować w przesłaniach naszej anarchistycznej kreacji. W tamtym czasie „A” w kółku rzadko można było zobaczyć poza wydaniami uznanej, choć dość uciążliwej i drugorzędnej anarchistycznej literatury. Dużo czasu upłynęło, zanim oba symbole – anarchistyczny i Crassu – zaczęły zdobić plakietki, skórzane kurtki i ściany w całym kraju. W ciągu kilku lat ogarnęły jednak cały świat. Jak na ironię, gdyby ktokolwiek w tamtym czasie wspomniał Bakunina, najprawdopodobniej przypuszczalibyśmy, że to rodzaj wódki. Natomiast nikt nigdy nie miał wątpliwości, że za literą „A” stoją dupki, za których byliśmy uważani dzięki prasie, która zawsze szybko reagowała, wyjaśniając czytelnikom wszelkie nowe zjawiska.
W tym samym czasie, odkrywszy, że chociaż uciskany i poniewierany, ruch na rzecz rozbrojenia atomowego (CDN) nadal istniał, postanowiliśmy poprzeć tę sprawę. Na naszych koncertach rozprowadzaliśmy symbole pokoju, dając tym samym przyjaciołom w prasie kolejną okazję powrócenia do ich wcześniejszych twierdzeń, bez potrzeby negowania tych ostatnich. Jak już mówili, nie tylko byliśmy dupkami, ale na dodatek dupkami hipisowskimi.
Niemniej jednak nasze wysiłki podejmowane podczas tras koncertowych powoli przywracały CDN do życia. Byliśmy odpowiedzialni za przedstawienie tej sprawy tysiącom ludzi, którzy później stali się filarem odnowy ruchu. Nowe i dotychczas niedoinformowane grupy ludzi zostały przez nas wystawione na działanie radykalnej myśli, co ostatecznie doprowadziło do wieców na początku lat osiemdziesiątych, wieców, na których – z punktu widzenia CDN – nie byliśmy mile widziani. My cieszyliśmy się ogromem ich wsparcia, ale oni przeczuwali, że nasza obecność na wiecach przyniesie kłopoty. Mieli rację, a jednak było to dla nas irytujące. Nie uważam, abym przesadził mówiąc, że Crass stał się później jednym z najbardziej wpływowych zespołów w historii brytyjskiego rocka. To prawda, że oprócz sporadycznych notowań na narodowych listach przebojów, zespół nigdy nie był muzycznie zbyt znaczący, jednak wpływ tekstów jego piosenek w szerokim społecznym kontekście był ogromny. We wczesnym okresie naszej artystycznej działalności, kiedy jeszcze wszystko było dla nas nowe i zabawne, nawet nie byliśmy w stanie sobie wyobrazić, na co się narażamy. Podobnie jak nie mogliśmy przewidzieć, jaki przerażający polityczny los spotka Wielką Brytanię.
W owym czasie korzyści z naszej własnej przedsiębiorczości w postaci tantiem za pierwszy album oraz spadek, jaki babcia zostawiła Andy’emu, pozwolił nam wreszcie skłonić firmę wydawniczą do wyprodukowania „Reality Asylum”. Niezadowoleni z oryginalnego nagrania, nagraliśmy to jeszcze raz i zamiast poszukać drukarza, sami wydrukowaliśmy pierwsze pięć tysięcy okładek. Nie chcąc wplątywać w tę sprawę Small Wander, wypuściliśmy płytę pod znakiem firmowym wytwórni płytowej Crass Records, pod znakiem, którego w tamtym okresie nie mieliśmy jeszcze zamiaru rozwijać.
Wypuszczenie „Reality Asylum” sprowadziło do nas policję obyczajową ze Scotland Yardu, a rozmowa, jaką wówczas z nami przeprowadzili została, ku naszemu późniejszemu zaskoczeniu, po kryjomu nagrana.
– Założę się, że ich płyta wszystko nam powie.
Odgłos zamieszania, jaki wywołało przeszukiwanie półek.
– Brahms? Beethoven? Britten? Do cholery, myślicie, że przyszliśmy do właściwego miejsca?
Czego oni oczekiwali? Nagrań satanistycznych mszy? Odgłosu ostatniego orgazmu Monroe? Historyjki jak Noddy uwodzi Wielkouchego?
Przesłuchanie nie wniosło niczego konkretnego, a zbici z tropu naszą dobrodusznością i dobrymi manierami, wyszli strasząc oskarżeniem o bluźnierstwo.
– Bóg jeden wie, dlaczego – wymamrotał jeden z detektywów, co pozostawiło nas z wątpliwościami, po której był stronie.
W końcu otrzymaliśmy zawiadomienie od prokuratora generalnego, że sprawa została odrzucona, jednak ostrzegł nas, że kolejne uchybienia nie będą już traktowane tak łagodnie.
Bardzo szybko stało się jasne, że decyzja o oddaleniu oskarżenia była co najmniej wybiegiem. W ciągu paru dni od otrzymania ułaskawienia dowiedzieliśmy się, że dystrybutorzy w całym kraju dostali ostrzeżenie od policji, iż sprzedaż naszej płyty będzie karana, co było kompletnym kłamstwem, jednak odniosło oczekiwany skutek. Władze uznały, że ułaskawiając nas, unikną ryzyka rozpowszechnienia nazwy Crass. Dystrybutorzy stanowili o wiele bezpieczniejszy cel, podobnie jak później takim celem stali się ci, którzy próbowali organizować nasze koncerty. Zrobiło się gorąco, ale my pozostawaliśmy w cieniu.
Niedługo przed powstaniem zespołu, Eve i ja prowadziliśmy kampanię graffiti na Linii Centralnej londyńskiego metra. Kopiowaliśmy techniki, które widzieliśmy w czasie wakacji w Paryżu, a nasze namalowane szablonowo przesłania, począwszy od „fight war not wars”, a skończywszy na „Wypchaj się swoim seksistowskim gównem”, były pierwszymi tego rodzaju w Wielkiej Brytanii i zainspirowały nową falę grafficiarzy. Nasze cele były zawsze ściśle sprecyzowane, jednak nigdy nie brakowało seksistowskich i militarnych plakatów do pokrycia farbą.
– Mam was w końcu – warknął mundurowy funkcjonariusz, przyłapawszy nas na gorącym uczynku.
Ponieważ zdecydowaliśmy wcześniej, że z przyjemnością pójdziemy do sądu, aby wykorzystać okazję i przedstawić nasze poglądy, nie próbowaliśmy nawet uciekać.
– Zawsze zastanawiałem się, jakiego pokroju ludzie to robią – kontynuował funkcjonariusz, po czym pochylił się nad nami i wyszeptał: – Róbcie to dalej, ale teraz lepiej dajcie drapaka.
Niestety, nasze wysiłki zostały później przyćmione przez inspirowanych amerykańskim hip-hopem artystów, których wkład ograniczał się do malowania swoich własnych imion. Niemniej jednak, przez pierwszych kilka lat istnienia Crassu zawsze znajdowaliśmy czas, by kontynuować naszą kampanię, wierząc, że bez działania na ulicy, nasze słowa na scenie będą puste.
Latem 1979 roku nagraliśmy drugi album, „Stations Of The Crass” („Stacje Crassu”), który wypuściliśmy zimą. Tytuł ten wybraliśmy, by uczcić nasze operacje aerozolowe; na okładce umieściliśmy zdjęcie ściany ze stacji Bond Street, na której widoczny był rezultat naszych wysiłków. Niestety, w miarę jak presja pracy w zespole wzrastała, nasza podziemna działalność stopniowo zanikała.
Niedługo po ukończeniu nagrywania „Stations Of The Crass”, kiedy byliśmy już zmęczeni ciągłym zainteresowaniem policji, Small Wander delikatnie zasugerował, abyśmy szukali innej wytwórni do wydania naszego albumu. Wydaliśmy już „Reality Asylum” nakładem Crass Records, ale kiedy zaproponowałem, by zarejestrować naszą wytwórnię jako pełnoprawną firmę, większość członków zespołu zaprotestowała.
– Nie chcę być jakimś cholernym kapitalistą – wybuchnął Pete.
– Do kurwy nędzy, po co za to dawać komuś pieniądze, skoro moglibyśmy wykorzystać je do rozwijania naszych własnych operacji.
– Tylko ułatwilibyśmy systemowi zadanie – wtrącił Phil.
Upierałem się jednak, że Crass Records była dla nas jedynym rozwiązaniem i w końcu, zdawszy sobie sprawę, że nie istnieje żadna realna alternatywa, reszta zespołu niechętnie, ale się zgodziła.
Pożyczyliśmy dość pieniędzy, by pokryć koszty wydania pięciu tysięcy płyt, po czym przystąpiliśmy do produkcji. W ciągu tygodnia od ich wypuszczenia, wszystkie „Stations” zostały sprzedane, więc zamówiliśmy następne dwadzieścia tysięcy. Mimo iż przypuszczaliśmy, że sprzedamy tylko pierwszy nakład i pomimo ceny, która była o połowę niższa od jakiegokolwiek innego albumu na rynku, wkrótce okazało się, że jesteśmy w zasadzie zamożni. Aby to uczcić, wymieniłem mój zniszczony zestaw perkusyjny na taki, który był w stanie znieść trudy podróży koncertowych, a każdy z nas kupił sobie nową parę Doc Martensów, w których wyglądaliśmy dość elegancko.
Od samego początku zdecydowaliśmy sprzedawać nasze płyty tak tanio, jak tylko było to możliwe. Wydatki na życie w naszym domu były niskie, dlaczego więc ktoś jeszcze nie mógł na tym skorzystać? W każdym razie, obliczywszy błędnie procenty pobierane przez detalistów, „Reality Asylum” sprzedawaliśmy za czterdzieści pięć pensów. Każda sprzedana płyta przynosiła pół pensa i niestety wraz ze wzrostem inflacji zaczęliśmy ponosić straty.
Aby upewnić się, że więcej nie popełnimy takiego błędu, poprosiliśmy Johna Lodera, właściciela studia, gdzie nagraliśmy wszystkie nasze płyty, by dołączył do zespołu jako nasz menadżer.
John i ja byliśmy przyjaciółmi od czasu, gdy w Exit był naszym dźwiękowcem. Od tamtej pory stworzył własne studio, w którym przy naszym pierwszym tam spotkaniu, nagrywał reklamowe single.
– Będę więcej niż szczęśliwy, że mogę uciec od tych pierdół – śmiał się. Zaoferował swoją pomoc i podpisał z nami umowę.
Od tamtej pory, mimo niemożliwych żądań, by zamrozić ceny, a w tym samym czasie pokryć ciągle wzrastające koszty produkcji, John zdołał wyciągnąć Crass z niechybnej katastrofy finansowej, która pojawiła się na horyzoncie.
Niespodziewanie, wydanie „Sounds” zainspirowało kolejną turę pism, które osadzone były na orbitach kultury popularnej i trzymane w zaściankowej twierdzy stolicy:
Fenomen Crassu polega na samooszukańczym, uświęconym libertarianizmie hipisa i ciemnym, pożałowania godnym ograniczeniu faszysty…
…to podrabiane podziemie jest żałosne, jest czymś w rodzaju piaskownicy dla ukrytych punków, w której wygłupiają się i udają, że są „inni” i „działający”, podczas gdy prawda jest taka, że nie mają ani odwagi, ani energii, by zrobić coś oryginalnego, zadziwiającego, nowego czy prawdziwego…
…prawdziwy problem pojawia się wtedy, gdy patrząc otwarcie na scenę muzyczną stycznia 1980 roku, zadajemy sobie pytanie, dlaczego coś tak bałamutnego, jak Crass było w stanie osiągnąć tak wysoką pozycję. Warto o tym pomyśleć.
Jakby nie było „Sounds” odpowiedział na to pytanie.
Miesiąc później, kiedy usiłowaliśmy zagrać koncert dobroczynny dla Persons Unknown w Conway Hall w Londynie, rozpętało się piekło. Graliśmy z Rondos, holenderskim zespołem, o którym myśleliśmy, że jest anarchistyczny, ale jak się okazało, jego członkowie byli bezkompromisowymi maoistami. Koncert od samego początku wypełniony był atmosferą napięcia.
– Nie jesteśmy za wspieraniem prawicy – oznajmili, dowiedziawszy się, że wśród publiczności znajduje się frakcja skinheadów. – Na kłopoty odpowiemy kłopotami.
Byłem niemal przekonany, że jeśli nie będzie kłopotów, Rondos z pewnością je stworzą. Nie musiałem się zresztą bardzo tym martwić, gdyż również bez ich udziału, kłopotów było mnóstwo.
Krążyły plotki, że wśród publiczności złożonej z ponad siedmiu tysięcy ludzi, około pięćdziesięciu skinheadów planowało zaatakować szturmem estradę podczas występu Crass. Takie pogłoski słyszeliśmy już wcześniej wiele razy i byłem przekonany, że i tym razem nie mają żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości i że są jedynie wytworem smutnej potrzeby emocjonujących przeżyć. Niektórzy skinheadzi twierdzili nawet, że wspierają British Movement (Ruch Brytyjski), a wtedy królowa twierdziła, że wspiera egalitaryzm. Bardzo niewielu skinheadów było faszystami z przekonania, a nawet gdyby byli, to co? Należeli oni do tej grupy ludzi, która mogła najwięcej skorzystać z tego, co mieliśmy im do powiedzenia.
Tuż przed naszym wyjściem na scenę przy drzwiach rozległ się hałas. Byliśmy atakowani nie przez Bitish Movement, ale przez Czerwoną Brygadę, trockistów, którzy w swojej krucjacie po władzę dla ludu wzięli na siebie zadanie pozbycia się „nazistowskiej szumowiny”. Każdy, kto miał włosy krótsze niż 2,5 centymetra, a także garstka tych nieszczęśników, którzy mieli nakrycia głowy, byli postrzegani jako wrogowie. Masakra, która z tego wyniknęła, była okropna, niepotrzebna i zupełnie nieuzasadniona. Rondos natomiast zniknął bezpowrotnie.
Kilka dni później w dzienniku „Guardian” ukazał się artykuł na temat owego wieczoru. Utrzymywano w nim, że koncert został przerwany przez British Movement, który „ruszył szturmem na drzwi z rozbitymi butelkami i okrzykiem: czerwone łajdaki”; artykuł ten stworzył obraz przemocy, która stała się zmorą naszego życia w trasie.
Mimo wielu listów do redaktora naczelnego „Guardiana”, w których domagałem się napisania prawdy, żadne sprostowanie nigdy nie zostało wydrukowane. Krucha równowaga, którą próbowaliśmy podtrzymać pomiędzy przeciwnymi obozami politycznymi, została teraz nieodwołalnie zachwiana. Od tamtej pory, wystawieni na bicie, Crass i jego fani stali się celem powtarzających się ataków British Movement. Jednym nieprzemyślanym artykułem „gazety myślących ludzi” zniszczono jakąkolwiek możliwość podjęcia otwartego dialogu.
Wiosną 1980 roku wydaliśmy singiel razem z Poison Girls, zespołem, z którym wiele razy wyruszaliśmy w trasę i który dzielił nasze libertariańskie, czy raczej już prawdziwie anarchistyczne poglądy. Niespodziewanie projekt ten zdobył poparcie także dystrybutorów naszych płyt – postanowili wnieść swój wkład do planowanego Centrum Anarchii w postaci procentów od sprzedanych płyt.
„Krwawe rewolucje”, piosenka, napisana przeze mnie na singla, wyrażała cały ten mętlik, jaki odczuwałem podczas i po dobroczynnym koncercie Persons Unknown.
Mówicie o rewolucji, cóż, w porządku,
Ale co zamierzacie robić, gdy nadejdzie jej czas?
Będziecie jak duzi chłopcy z pistoletem maszynowym?
Będziecie mówić o wolności, kiedy krew zacznie się lać?
Cóż, wolność nie ma wartości, jeśli przemoc jest ceną.
Nie chcę waszej rewolucji, chcę anarchii i pokoju.
Mówicie o obaleniu władzy przemocą, która jest waszym narzędziem.
Mówicie o wyzwoleniu, gdy ludzie przejmą władzę,
Cóż, czy to nie ludzie teraz rządzą?
Jaka by to była różnica?
Kolejna grupka bigotów z karabinem wymierzonym we mnie…
Mimo jej raczej pojednawczego tonu, płyta natychmiast została zakazana przez HMV, jednak nie z powodu tekstów piosenek, a „podburzającego przesłania okładki”.
Drobiazgowo przedstawione przez Gee portrety królowej, papieża, Margaret Thatcher i Statui Wolności, dosztukowane następnie do ciał czterech członków Sex Pistols, były, jak się dowiedzieliśmy, „poza granicami dobrego smaku”. Dziwiło nas, że to właśnie HMV podjęło taką decyzję, skoro nie przeszkadzały mu okładki, które jeśli nie były seksualnie jednoznaczne, to przynajmniej graniczyły z nieprzyzwoitością. Jednak kimże byliśmy, by sprzeczać się tymi strażnikami moralności? Spójrzmy prawdzie w oczy, bez HMV, Our Price i WH Smitha, bylibyśmy kulturowymi bankrutami, płynącymi bez kotwicy po kipiących wodach dekadencji.
Znacznie bardziej niepokojący był telefon od pewnego rozeźlonego i raczej pijanego punka z Glasgow.
– Wy pierdolone łajdaki – wyklinał. – Jak śmiecie profanować w taki sposób Pistolsów. Nie wiecie, że oni są kurwa święci? Jak się tu zjawicie, to was stąd wypierdolę, łajdaki.
I w tym momencie powiesiłem słuchawkę na haku, po czym poszedłem do kuchni zrobić herbatę. Pięć minut później przyszła Eve, by poinformować nas, że w słuchawce nadaje jakiś wariat.
– W porządku – zachichotałem. – Wypełnia za nas teczki kontrwywiadu.
Jednym z warunków, postawionych przez nas zanim zgodziliśmy się nagrać dobroczynny singiel, było porozumienie, że nie będziemy mieli nic wspólnego z tym, w jaki sposób Centrum Anarchii będzie prowadzone. Wkrótce po wypuszczeniu naszego pierwszego albumu zdaliśmy sobie sprawę, że całkiem poważnie grozi nam etykieta „liderów” nowego ruchu przemian społecznych. Ale my nie chcieliśmy jej grać; rewolucja, do której dążyliśmy miała być bez liderów. Tak więc, po podarowaniu ponad 12 tysięcy funtów dla sprawy, wycofaliśmy się w cień, szczęśliwi, iż możemy uznać sprawę za zamkniętą.
Umiejscowione w londyńskich Docklandach Centrum było otwarte przez około rok, zanim upadło, pogrążone w nieładzie. Od samego początku miał miejsce konflikt pomiędzy starszym pokoleniem anarchistów a nową generacją anarcho-punków. Wyglądało na to, że ich jedyne wspólne zainteresowanie dotyczyło Crassu, jednak zgodnie z naszym życzeniem, zachowaliśmy dystans. Zagraliśmy tam wprawdzie jeden koncert, jednak natężenie wewnątrzobozowej przepychanki dało nam do myślenia, czy czasem cała ta sprawa nie była jedną wielką pomyłką.
Nieuchronnie, nasza odmowa udziału w organizacji Centrum uznana została za przejaw elitaryzmu, o czym przekonało nas ścienne graffiti: „Crass? Kapitalistyczne palanty!”
Kiedy walczące ze sobą w Centrum frakcje rozbijały się na coraz mniejsze odłamy, byliśmy proszeni o interwencję, a ponieważ nie godziliśmy się na to, zostaliśmy oskarżeni o sprzedajność. Koniec końców cieszyłem się, że projekt doczekał finału, na jaki zasłużył; jeśli to była demonstracja anarchii w akcji, jaki pożytek przyniosłaby tak bardzo okrzyczana rewolucja?
Niezrażeni, i wbrew rozsądnej budżetowej polityce wytwórni Crass Records, kontynuowaliśmy finansowanie różnorodnych organizacji i osób prywatnych, od „Peace News” do przypadkowych fanzinów, od Centrum Kryzysu Ofiar Gwałtu do bezpośrednich grup czynu. Nie miało znaczenia, ile pieniędzy rozdawaliśmy jedną ręką, gdyż do drugiej zawsze wpadało więcej.
Zawstydzeni naszą powiększającą się zamożnością, ale i świadomi dalszych możliwości, jakie ona daje, postanowiliśmy rozszerzyć działalność wytwórni płytowej i włączyć dorobek podobnie myślących grup. Zdołaliśmy zapoznać się z muzyką prawie stu różnych zespołów. Wiele płyt wypuszczonych przez Crass Records ledwie pokryło koszty ich produkcji, ale ponieważ zysk nie był celem, nie miało to większego znaczenia. Ważne natomiast było to, że do coraz większej grupy ludzi trafiał przekaz: There is no authority but yourself („Nie ma żadnej władzy, oprócz tej w tobie”).
Stworzyliśmy rynek zbytu dla naszych pomysłów i informacji, które oprócz niewielkiej anarchistycznej prasy, były do tej pory niedostępne. Kawiarniana anarchia została w końcu zmuszona wyjść na ulice.
Po naszych wcześniejszych doświadczeniach w Roxy czy w innych komercyjnych klubach, przysięgliśmy sobie poszukać alternatywy dla naszych koncertów. To doprowadziło do sytuacji, w której graliśmy koncerty w różnorodnych i odległych miejscach Wysp Brytyjskich, takich, w których nikt wcześniej nie grał.
Pomimo niezliczonych intratnych ofert wyjazdu za granicę, jednej podróży do Nowego Jorku i kilku do Holandii na początku naszej kariery, postanowiliśmy grać tylko w Wielkiej Brytanii. Wprawdzie przesłanie naszych tekstów miało wymiar globalny, jednak sposób, w jaki je promowaliśmy, był – według nas – autochtoniczny.
W Nowym Jorku postrzegano nas jako neonazistowskich aktywistów, a w Holandii traktowano jak gwiazdy rocka. Szybko doszliśmy do wniosku, że stajemy się nie tym, kim jesteśmy, ale tym, za kogo nas biorą. W Wielkiej Brytanii, pomimo wiecznej dezinformacji prasy, istniało mniejsze prawdopodobieństwo, że zostaniemy źle zrozumiani.
Nasze koncerty były grane nie tam, gdzie planowaliśmy, ale tam, gdzie ludzie chcieli nas słuchać. Dzwonili i pytali, dlaczego nie graliśmy w Blackburn czy Fort William, czy gdziekolwiek indziej. Nasza odpowiedź była zawsze taka sama: wy zorganizujcie miejsce, a my zajmiemy się resztą.
Setki ludzi podróżowały, by dołączyć do nas w izbach skautowych, kościołach i centrach sportowych i uczcić wspólne poczucie wolności. Dzieliliśmy się naszą muzyką, filmami, literaturą, rozmową, jedzeniem i herbatą. A kiedy koncert się kończył, najpierw opłacaliśmy koszty organizacyjne, a potem – jeśli to było możliwe – wydawaliśmy zyski na finansowanie lokalnych aktywistów. Jednak, nie zawsze szło jak po maśle. Znajdowali się i tacy, którzy chcieli zniszczyć to, co my usiłowaliśmy stworzyć. Próbowaliśmy zagrać na festiwalu Stonehenge, ale zostaliśmy pobici przez członków gangu motocyklowego. W Belfaście rozwaliły nam koncert prawicowe oprychy i lewicowe prymitywy. Siły Jej Wysokości pilnowały, byśmy nie byli zbyt szczęśliwi. Czasami wyglądało na to, że im bardziej próbujemy odciąć się od politycznych sporów, tym agresywniej reagowali ci, którzy usiłowali wciągnąć nas w swoją ideologiczną sieć.
Zmęczeni lewicowo-prawicowym jo-jo, którym bawiono się wszędzie, gdzie tylko się znaleźliśmy, zdecydowaliśmy, że nasz trzeci album, „Penis Envy” („Zazdrość o penisa”), powinien koncentrować się na feministycznym aspekcie naszej pracy. Nasze seksualne preferencje, chociaż wyrażane z całą mocą w naszych poprzednich albumach, były przeważnie ignorowane. Tak więc, przy nieśmiałym szepcie męskich głosów, Eve Libertine i Joy de Vivre stanęły na czele i wprowadziły do naszej głównie męskiej grupy cały szereg świeżych pomysłów.
– Dlaczego więc śpiewają tylko ptaki? – taka okazywała się powszechna reakcja na nasze przesłanie, niestety odpowiedź była zbyt trudna.
Niemniej jednak album stworzył nową platformę dla szczerego feministycznego dialogu, który w świecie prawdziwych mężczyzn i rock’n’rolla był niemałym osiągnięciem. Zdarzało się jednak, że najistotniejsze przesłanie było niezrozumiane nawet przez tych, którzy mogliby je najbardziej wykorzystać.
Krótko po wypuszczeniu „Penis Envy”, latem 1981 roku, Eve wzięła udział w anarcho-feministycznym koncercie zorganizowanym tylko dla kobiet. Kilka zespołów spotkało się, by przedstawić swoje poglądy na temat „rewolucji seksualnej”, postrzeganej jako takiej, która naznaczała mężczyzn jako potencjalnych gwałcicieli.
– Mmm, cudny wielki chuj. Wspaniały, wielki, długi, gruby chuj – bluzgała wokalistka jednego z zespołów, lubieżnie głaskając mikrofon.
Stopy szurały, a napięcie rosło. To nie było to, na co publiczność tu zebrana czekała.
– Ale, fuj – kontynuowała, trzepiąc agresywnie mikrofonem. – Kto chciałby ssać chuja?
Jej pytanie spotkało się z oczekiwanym odruchem warunkowym.
– Racja – pięści falowały w siostrzanej solidarności, a głowy zgodnie przytakiwały.
Potem z morza samozadowolenia wypłynęła Eve.
– Ja, jeśli należałby do kogoś, kogo lubię – krzyknęła dowodząc, że jej rodzaj feminizmu ciągle uwzględniał zdrową dawkę interakcji.
Postanowiliśmy dowieść, że jeśli mamy stworzyć społeczeństwo, w którym wystarczająco ufalibyśmy sobie nawzajem, wszyscy mężczyźni powinni być potencjalnymi przyjaciółmi. Doświadczenia Eve z tamtego wieczoru wskazywały, że do seksualnego rozejmu było ciągle daleko.
Jak na ironię ostatnia ścieżka „Penis Envy” zaczynała się przerobioną linijką z hitu Connie Francis „Szminka na twoim kołnierzyku”.
Na przekór jedwabistym instrumentom smyczkowym w nagranym na ścieżce podkładzie, Eve gromko walnęła niezbyt subtelną przeróbkę:
Możesz być pewien, że wszystko między nami skończone,
Bo szminka na twoim penisie mówi sama za siebie.
Ostatecznie, porzuciliśmy ten pomysł, gdyż głupi kawał nie był wart niemal pewnego oskarżenia. Ale był to jeden z tych odrzutów, które miałbym ochotę zatrzymać. Nie chcąc jednak stracić podkładu, wpadliśmy na pomysł stworzenia parodii umiarkowanie romantyczno-ckliwego kawałka, o którego napisanie poprosiliśmy Phila i Joy. Godzinę później zjawili się z „Our Wedding” („Nasz ślub”), tak jak się spodziewaliśmy, okropność w każdym calu:
…tylko my dwoje, jedno ciało, jedna krew
w oczach Boga.
Jestem twoja w posiadaniu i uściskach,
Daję ci moje życie.
Nigdy nie patrz na nikogo, tylko na mnie.
Nigdy nie patrz na nikogo, muszę być wszystkim, co widzisz.
Posłuchaj tych weselnych dzwonów,
Pożegnaj się z innymi dziewczętami.
Nigdy nie będę ci niewierna, mój ukochany
I ty nie bądź mi niewierny…
Eve nie była w stanie tego zaśpiewać bez wpadania w niekontrolowany śmiech. Z pomocą przyszła Joy i wniosła swoistą eteryczność, co dodało piosence wyrazistości.
Tydzień później Andy, odpowiednio ubrany jako przedstawiciel „Twórczych Nagrań i Usług Dźwiękowych”, zaoferował „Our Wedding” młodzieżowemu magazynowi romantycznemu „Loving”, który specjalizuje się w wykorzystywaniu samotności.
„Loving” chwycił z zapałem przynętę i umieścił ścieżkę na dziewiczo białej pocztówce, dołączonej jako darmowy dodatek do specjalnego „Wydania dla narzeczonych”, z dopiskiem:
Joy de Vivre uchwyciła całe szczęście i romantyzm tego tak ważnego dnia, dnia twojego ślubu, dlatego upewnij się, że zamówiłaś już okazyjny egzemplarz – jest niezbędny dla wszystkich prawdziwych romantyczek!
Wyglądało na to, że był to najbardziej efektowny kawałek rock’n’rolla, jaki kiedykolwiek stworzyliśmy. Kiedy się wydało, że był to tylko kawał, zatrzęsło prasą brytyjską, a głowy w „Loving” poleciały.
Stało się wówczas jasne, że główny wydźwięk twórczości Crass nie mieści się w ramach rock’n’rolla. Począwszy od obozów pokoju, a skończywszy na podziemnych komórkach Walki Klas, nasz szczególny rodzaj anarchizmu polegał na radykalizacji życia tysięcy ludzi na całym świecie.
Każdego tygodnia otrzymywaliśmy setki listów z prośbami o cokolwiek – od plakietek po dobre rady, na przykład jak założyć komunę. Na każdy list odpowiadaliśmy osobiście i na ten cel zarezerwowaliśmy sobie każdy wtorek. Podobnie jak każdą środę na wywiady. Jednak oprócz propozycji pochodzących od prasy muzycznej, które rzadko kończyły się czymś więcej niż wstępne rozmowy telefoniczne, nie otrzymaliśmy nigdy żadnych próśb o udzielenie wywiadu. Nasza polityka wspierania mediów spod znaku DIY odzwierciedlała naszą niechęć do prasy o utrwalonej pozycji. Dawało to o wiele większą możliwość wymiany poglądów, niż renomowana prasa mogła kiedykolwiek zaoferować. W tym czasie jeśli ktoś chciał się czegoś o nas dowiedzieć, musiałby kupić niezależne publikacje, najczęściej fanziny, które w innych okolicznościach zignorowałby. Innym, czasochłonnym, ale cennym aspektem naszej złej sławy, były pielgrzymki odwiedzających nasz dom. Co kilka dni można było natknąć się na jakąś zabłąkaną duszę krążącą po ogrodzie, zbyt zdenerwowaną, żeby zapukać do drzwi i zbyt zmęczoną, by wziąć pod uwagę długą podróż powrotną do domu.
– To wy jesteście Crass? – pytali z nadzieją, gdy ten lub inny członek zespołu szedł im na ratunek.
To było pytanie, które nigdy nie irytowało, podobnie jak stały zestaw typu: jak długo mieszkamy w domu lub ile mamy kotów? Staraliśmy się odpowiadać uprzejmie. Odwiedzający zawsze otrzymywali od nas jedzenie i herbatę, a czasami nawet miejsce do przenocowania. Jedni zostawali dziesięć minut, inni tydzień. Byli tacy, którzy pomagali, ale byli i tacy, którzy potrzebowali pomocy. Niektórych nigdy nie widzieliśmy ponownie, a niektórzy zostali naszymi przyjaciółmi po dziś dzień.
Byliśmy w stanie poradzić sobie z goszczeniem ludzi, ale gdy pewnego razu policja podjechała pod drzwi furgonetką pełną włoskich punków, nasze możliwości zostały maksymalnie obciążone. Dwunastu Włochów, którzy ledwie potrafili sklecić zdanie po angielsku, zgubiło się w pobliskim lesie, szukając naszego domu. Nie miałem wątpliwości, że włoskie punki, wyglądające jak gang rewolucyjnych desperatów, zwróciły swym wyglądem uwagę zmartwionych konserwatywnych mieszkańców, a tym samym lokalnej policji. Jak się okazało, na udzieloną reprymendę punki odpowiedziały wyskandowaniem pojedynczego, lecz błędnie odebranego wyrazu: „crass”. Policja nie miała wątpliwości, co do ich potrzeb, wobec czego zapakowała ich do furgonetki, sprawdziła paszporty, po czym przywiozła do nas, pozbywając się problemu.
– Są cali i zdrowi ci wasi kolesie – uśmiechnął się drwiąco policjant idąc ogrodową ścieżką.
Dziesięć długich dni, jakie spędzili u nas, obfitowały w szereg problemów, do których należało na przykład przygotowywanie posiłków, natomiast porozumienie, co do korzystania z toalety było zupełnie niemożliwe. Ze szczoteczkami do mycia zębów w dłoniach i ręcznikami przewieszonymi przez ramiona tworzyli kolejkę przed drzwiami do łazienki, którą zajmowali przez około półtorej godziny. Jednak robili to w tak uporządkowany sposób i tak systematycznie, że nawet w razie nagłej potrzeby, żaden ze stałych mieszkańców domu nie śmiałby im przeszkadzać. Odeszli w końcu, szczęśliwi, mam nadzieję, że mogli choć część życia dzielić z nami. Przez cały czas, gdy z nami mieszkali, mówili niewiele, z wyjątkiem tego jednego wyrazu: crass, który powtórzyli jakieś kilkaset razy.
Interakcje, w jakie wchodziliśmy z naszymi fanami, zarówno w trasie, jak i w domu, były dla nas znacznie ważniejsze, niż to, co robiliśmy na scenie. Każdy głupek mógł głosić anarchię stojąc na wieży z kości słoniowej i wielu tak robiło, jednak być zmuszonym żyć według tych zasad, było jednocześnie upokarzającym i cennym doświadczeniem. Nie zamieniłbym tego na nic innego, a jeśli rock’n’roll miał być naszą jedyną wspólną wartością, to trudno.
Latem 1981 roku, przyjąwszy gwarantowaną, choć niezwykłą rolę najbardziej znanych punkowców w Wielkiej Brytanii, zabraliśmy się za nagrywanie nowego albumu. Pod wieloma względami rezultat kwestionował mit, w jaki szybko obrastaliśmy; już otwierająca album linijka odzwierciedlała ironię, z jaką patrzyliśmy na ten mit:
Panie i Panowie, z dumą przedstawiamy Państwu Christ, sorry, cholera, Crass.
„Christ the Album” był w rezultacie pudełkiem zawierającym dwa albumy, duży rozkładany plakat oraz broszurę zatytułowaną „A Series Of Shock Slogans and Mindless Token Tantrums” („Cykl szokujących haseł i bezmyślnych symbolicznych napadów złości”), co było cytatem z niezbyt pochlebnej recenzji jednej z naszych wcześniejszych prac.
Mój wkład do broszury to „The Last Of The Hippis – A Hysterical Romance” („Ostatni z hipisów – romans histeryczny”), historia smutnej śmierci Wally’ego Hope’a z rąk rządu Jej Wysokości. Przez lata Wally dręczył moją wyobraźnię i podsycał do kreatywności. Dryfując po mojej pamięci, nigdy nie znikał z mojego umysłu, karmił moją złość i wzniecał zapał do zmian. Jeśli dzięki Crassowi chciałem uwolnić się od jego ducha, to mi się to nie udało. Wally wciąż ze mną był. Wally, ten gniewny, pewny siebie nicpoń z moich snów.
Wiosną 1982 roku, pewne „ukłucie” przebiło anarcho-pacyfistyczną bańkę, zwiastując sflaczałą przyszłość, jeśli nie totalną jej klęskę. By wzmocnić słabnący przedwyborczy wizerunek swojej partii, Margaret Thatcher, samozwańcza królowa Babilonu, wypowiedziała wojnę Argentynie.
Gdy mężczyźni setkami ginęli, piosenki Crassu, jego protesty i marsze, ulotki, słowa i idee, zdały się nagle nic nie warte. Wiedziałem, że to, co proponowaliśmy ma wartość, ale w tamtym momencie wszystko wydawało się być daremne. Wielka Brytania tonęła w morzu szowinistycznej mowy-trawy. Protest przeciwko wojnie zdawał się w zasadzie nie mieć odzewu. Gdy sprawy były abstrakcyjne, ruch pokoju zadowolony krzyczał: „nigdy więcej wojny”, ale wojna, przeciwko której tak krzyczano, wybuchła i cisza stała się bolesna.
Próbowaliśmy pokazać, że nie każdemu odpowiadało trzymanie języka za zębami podczas codziennego płukania ust czerwono biało niebieskim płynem, i wypuściliśmy darmową pocztówkę dźwiękową, skierowaną przeciw wojnie na Falklandach.
Wiedzieliśmy, że jakikolwiek niekorzystny komentarz na temat „naszej wspaniałej przywódczyni i jej chwalebnej wojny” sprowadzi na nas wieczne prześladowanie, dlatego postanowiliśmy stworzyć tę pocztówkę w formie bootlega. Wyprodukowana została we Francji, nie miała żadnej rozpoznawczej etykiety ani opakowania i nosiła tytuł „Sheep Farming in Fucklands” („Hodowla owiec w Fucklandach”). Przemyciliśmy ją do kraju korzystając z pomocy podobnie myślących dystrybutorów i została losowo dodana do będących już w sprzedaży albumów oraz singli naszej wytwórni płytowej. Mimowolnie, artyści tak różnoracy, jak Sheena Easton i Robert Palmer zostali zwerbowani do promowania anarcho-pacyfistycznych idei. Nasz podstęp może nie był zbyt przekonujący, jednak to pozwoliło nam znaleźć się poza zasięgiem długiego ramienia prawa, nie mówiąc już o obelgach. Wydawnictwa muzyczne były zwykle zadowolone z możliwości przyczepienia nam etykiety „obelżywych zdrajców”, jednak tym razem z radością zgodziliśmy się z ich poglądem.
W czasie wojny, by dodać prawdopodobnie nieco więcej wagi do czegoś, co w rzeczywistości było czymś niewiele więcej niż podwórkową sprzeczką, co bardziej histeryczne typy w mediach posunęły się do sugestii, że istniało prawdziwe niebezpieczeństwo eskalacji w globalny konflikt. To śmieszne twierdzenie wywołało pożądany efekt – ugruntowało strach populacji, której życie było już i tak kontrolowane przez strach. Dopóki ludzie pozostawali zależni od przywódców, którzy mieli wyciągnąć ich z bałaganu, jaki sami zrobili, dopóty szanse na sprzeczki były nikłe; taka właśnie jest siła paradoksu.
Chociaż sam pozostawałem niewzruszony błazenadą Thatcher i jej świty z brytyjskiej prasy, to jednak coraz bardziej złościł mnie wpływ, jaki mieli na tych, którzy bezpośrednio mnie otaczali. Przez długi czas Crass znajdował się w komfortowym położeniu, ponieważ był w ofensywie, ale kiedy cały kraj ogarnęła atmosfera samochwalczego nacjonalizmu, staliśmy się obiektem ataków. Jednak gdy otwarcie wyrażałem swój pogląd, że buńczuczny i brutalny charakter Thatcher zasługuje na pogardę, spotykałem się tylko z impotencją i bezradnością.
Krótko po tym, jak działania wojenne w Falklandach dobiegły końca, ukończyłem moją nową pracę i zdałem sobie sprawę, że jej poprawiona i rozszerzona wersja mogłaby stać się podstawą nowego albumu. Trzy miesiące później, płyta, na której znalazła się przepisana praca, została wydana pod tytułem „Yes Sir, I Will”.
Z perspektywy czasu zdaję sobie sprawę, że w większości moich piosenek, a „Rocky Eyed” nie była wyjątkiem, wykorzystywałem globalne problemy jako analogie do głębszych i bardziej osobistych spraw. Wraz ze wzrostem frustracji spowodowanych moimi własnymi wadami, coraz częściej wybierałem za cel ataku „niesprawiedliwy” świat. Prawda jest taka, że groźba pojawienia się czyraka na końcu mojego nosa zawsze martwiła mnie znacznie bardziej, niż odległe zagrożenie bomby atomowej, a poezja Baudelaire’a zawsze wydawała mi się o wiele bardziej odpowiednia kulturowo.
Niemniej jednak bomba była użyteczną analogią, którą raczej, obawiam się, wyeksploatowałem, ale która jednocześnie bezustannie zawodzi, jeśli chodzi o moje wewnętrzne potrzeby. Podejrzewam, że do lata 1982 roku większość ludzi z zespołu czuła podobny głód ducha.
Przez pięć lat nasze życie było zdominowane przez nienasycony apetyt „Organizacji Crass”. Poza nieustającą rutyną – trasy koncertowe, nagrywanie płyt – życie w domu stało się jeszcze bardziej wymagające. Telefon zdawał się dzwonić bez końca, a kiedy jedna grupa odwiedzających wychodziła, zawsze przychodziła kolejna. Każdy w grupie grał swoją wyznaczoną rolę z przerażającą łatwością i wydajnością, bez słowa skargi, ale za jaką cenę? Wtedy nikt z nas tego nie wiedział. Rzadko mówiliśmy o swoich osobistych kłopotach i wątpliwościach, po prostu nie było na to czasu, a poza tym walczyliśmy w naszej rewolucji. Szybkość, z jaką rozgrywała się wojna na Falklandach oraz spustoszenie, jakie siała Thatcher w kraju i za granicą, sprawiły, iż zdaliśmy sobie sprawę, że mimo naszego wzrastającego poczucia zmęczenia, musieliśmy odpowiadać na wydarzenia na świecie znacznie szybciej, niż kiedykolwiek wcześniej. Skoro naszym głównym celem było szerzenie informacji, to nie mogły one być przecież przeterminowane. W ciągu kilku dni od wydania „Christ the Album” osiągnął niziny narodowych list przebojów, gdyż aż rok trwała jego produkcja, a w wieku „czterominutowego ostrzeżenia” było to trochę za długo.
Publikacja naszej pierwszej „taktycznej odpowiedzi”, jaką było „How Does It Feel To Be The Mother Of A Thousand Dead” („Jakie to uczucie być matką tysiąca umarłych”), zbiegła się z rozpaczliwą parodią „parady zwycięstwa” pani Thatcher. Nic dziwnego, że nasz głos spotkał się z natychmiastową wrogą reakcją ze strony władz.
Liczba sprzedawanych początkowo płyt była ogromna, dwadzieścia tysięcy w pierwszym tygodniu, co doprowadziło do fali zainteresowania ze strony narodowej prasy. Robin Eggar, rockowy dziennikarz z lewicowego „Daily Mirror”, atakował płytę, twierdząc, iż jest to „najohydniejsza i najbardziej niepotrzebna płyta, jaką kiedykolwiek słyszał”, co odzwierciedlało ton większości recenzji napisanych na jej temat. Kilka dni później artykuł został wykorzystany przez konserwatywnego posła, Tima Eggara, brata Robina, który – nazywając siebie „oddanym bratem” – po przeczytaniu artykułu był wściekły i natychmiast napisał do prokuratora generalnego, żądając by Crass został oskarżony zgodnie z Aktem Nieprzyzwoitych Publikacji. Następnie Eggar wystosował komunikat prasowy, długi i reakcyjny, w którym atakował płytę między innymi za: „obrazę premiera, rządu, sił zbrojnych i rodzin tych, którzy zginęli w Falklandach”. Nie trzeba mówić, iż nie dodał, że to właśnie premier i jej rząd byli odpowiedzialni za te ofiary, jednak niedociągnięcie to zostało naprawione, kiedy spotkał się z członkami Crass, Andym i Petem, twarzą w twarz w radiowym wywiadzie. Eggar nie miał wątpliwości, że będzie miał do czynienia z typowymi punkami. Był jednak szczerze zaskoczony kiedy po przedstawieniu swojego histerycznego opisu płyty, która „wychodzi poza dopuszczalne granice wolności słowa, jest najbardziej bezwzględną, obelżywą i nieprzyzwoitą płytą, jaka została kiedykolwiek wydana”, Andy spokojnie i z pewnością siebie odpowiedział:
– Uważam, że Margaret Thatcher, jej rząd, pan Eggar i wszyscy inni, którzy ją popierają, są odpowiedzialni za wysłanie młodych mężczyzn na rzeź, co, według mnie, równoznaczne jest z zaplanowanym, wykalkulowanym morderstwem. I to jest nieprzyzwoite.
Po tej wypowiedzi pełne rozdrażnienia żądania „zakazania tej przerażającej płyty”, tylko uwydatniły fakt, że grunt szybko osuwał mu się pod nogami.
Tamtego tygodnia w parlamencie laburzystowski szeregowy deputowany zapytał Thatcher podczas interpelacji parlamentarnych, czy poświęci swój wolny popołudniowy czas na przesłuchanie płyty „How Does It Feel To Be The Mother Of Thousand Dead”?
Oczywiście, odmówiła komentarza, ale później, w tym samym tygodniu, jej sekretarz prasowy umieścił w prasie oświadczenie, w którym zawarta była decyzja „nie dawania tym ludziom (Crassowi) prawa publicznego wypowiadania się, posiadania publicznej trybuny”. Następnie Partia Torysów wystosowała notatkę, w której doradzali, by płyta była od tej pory ignorowana, podobnie jak każda następna prowokacja ze strony Crass. W odpowiedzi na polityczną presję, prokurator generalny, jako przedstawiciel prawa, szybko ogłosił, że płyta „nie narusza paragrafu 2 Aktu Nieprzyzwoitych Publikacji”, wystawiając tym samym dobre świadectwo większości bezwzględnych, obelżywych i nieprzyzwoitych płyt, jakie kiedykolwiek zostały wyprodukowane.
W rezultacie zaczęliśmy dostawać, co było niezwykłe, listy wsparcia od przedstawicieli opozycji:
…Czuję, że to była niepotrzebna wojna i bardzo się cieszę, że opinia publiczna może być poruszona takimi ohydnymi operacjami, dzięki masowemu przesłaniu, jakie niesie wasza płyta…
…Sądzę, że niemożliwe jest bycie zbyt krytycznym lub zbyt nikczemnym w komentarzach, które dotyczą tych, którzy wysłali młodych mężczyzn na śmierć – szczególnie, kiedy nie było ku temu wyraźnego powodu…
Kozły ofiarne, czy co?
Z dnia na dzień znaleźliśmy się w dziwnym i przerażającym położeniu. Chcieliśmy sprawić, by nasze poglądy trafiły do opinii publicznej, a teraz były analizowane przez te ciemne typy, które zamieszkują korytarze władzy. Torysi nadali naszej sprawie ogromny rozgłos, a prasa to kupiła, szczególnie ta, która – będąc na celowniku – została powstrzymana przed rzetelnym opisywaniem wojny na Falklandach. Dla nas było to tak, jakbyśmy złapali wieloryba podczas łowienia płotek. Nie wiedzieliśmy czy spuścić go z wędki, czy ciągnąć dopóki się nie zmęczymy, co, jak przewidywaliśmy, nieuchronnie by nastąpiło.
Z końcem 1982 roku, świadomi, że „ruch” potrzebował moralnego wzmocnienia, daliśmy pierwszy od lat potężny koncert. Po tym jak zostaliśmy wyrzuceni z londyńskiego Rainbow Theatre, gdzie przygotowaliśmy się do koncertu, postanowiliśmy skierować uwagę na zapomniany wówczas Klubu Zig Zag. Trzymaliśmy w ciągu dwóch dni siły prawa i porządku na dystans, co pozwoliło otworzyć drzwi tysiącom ludzi, którzy przyjechali z różnych miejsc kraju, by spędzić dzień w towarzystwie dwudziestu zespołów, darmowego żarcia i obfitych zapasów alkoholu.
– Cholera, Pen, jak za dawnych dobrych czasów – skomentował Steve, wciągając radośnie pół litra pełnego jasnego piwa.
– Z pewnością tak będzie, jeśli utrzymasz tempo – zaśmiałem się.
– Tak, to co masz w tej butelce, wodę?
– Nie, brandy, chcesz trochę?
Zanim weszliśmy na scenę, urżnęliśmy się w pestkę, ale wtedy to się, kurwa, nie liczyło.
Wraz z masowo zgromadzonymi punkami, hipisami i rozmaitymi wałkoniami, w przypływie radosnej czystej energii uczciliśmy nasze małe, ale ważne zwycięstwo. Przesłanie DIY, „zrób to sam”, nigdy nie było tak realne, jak tamtego dnia w Zig Zag.
Na dwadzieścia cztery chwalebne godziny odrzuciliśmy doniosłość, która zdawała się nas pochłaniać i oddaliśmy się szczerej zabawie, jak za dawnych czasów. Koncert przypomniał nam, że nie byliśmy sami i mimo wszystkich wątpliwości nadal warto było toczyć naszą walkę.
Odzyskawszy siły, zdołaliśmy wyciągnąć wieloryba na ląd. Naszym pierwszym i najważniejszym zobowiązaniem było wypromowanie i wzięcie udziału w kolejnych działaniach, zmierzających do sparaliżowania miasta Londyn.
W ciągu dziewięciu miesięcy miały miejsce trzy akcje „Stop the City” w londyńskim centrum handlu. Cel każdej akcji był taki sam, całkowite sparaliżowanie dnia ludziom biznesu. I pod tym względem odnieśliśmy sukces. W połowie zamieszki, w połowie parada, przyciągnęły tysiące ludzi, którzy na swój sposób protestowali przeciwko machinie dobrobytu i ucisku, jaki ona reprezentowała. Okna były rozbijane, podczas gdy grupy ludzi tańczyły na ulicach przy dźwiękach fletów i bębnów. Budynki były obrzucane bombami dymnymi, podczas gdy żonglerzy i klauni figlowali pomiędzy rozpychającym się tłumem. Ludzie chwytali się za ręce i blokowali dostęp do dróg i mostów, podczas gdy inni organizowali spontaniczne strajki okupacyjne na schodach urzędów i banków. Pracownikom City wręczano ulotki i mówiono, by wzięli sobie dzień wolnego, telefony zostały odłączone, zamki w drzwiach zaklejone, ściany pomazane graffiti, a pomniki ozdobione anarchistycznymi flagami.
Zaskoczona różnorodnością naszych taktyk policja na początku nie była w stanie reagować. Następnie z pomocą przybyła policja konna. Przyjęli metodę rozbijania grup protestujących i aresztowania pojedynczych osób. Przy trzeciej i ostatniej akcji doszli do perfekcji w stosowaniu tej właśnie metody, a dodawszy efekt stale wzrastającej przemocy, mogli zapobiec każdym zakłóceniom. Świadomi tego zaprzestaliśmy akcji, ale wydarzenia tamtych dni były inspiracją dla działań organizowanych na całym świecie po dziś dzień.
W miarę jak polityczna pozycja Crass coraz bardziej się polaryzowała, czułem wzrastającą potrzebę, choćby tylko dla własnej satysfakcji, by zdefiniować przyczynę mojej złości – wszystkie „co, gdzie i jak”. Często oskarżano nas o nadużywanie sloganów, nadszedł więc czas, by bardziej się otworzyć.
Wykorzystując pięćdziesiąt wierszy, jakie napisałem podczas cudownych dni w komunie, wyprodukowałem album, który dał mi szansę pokazania mojej bardziej kobiecej natury. Gee zilustrowała dołączoną do płyty broszurę, dzięki czemu miała możliwość pracy z pięknem raczej, niż z okropieństwem, a Eve otrzymała trudne zadanie nauki śpiewania, gdyż wcześniej tylko krzyczała.
W albumie zatytułowanym „Acts of Love” („Akty miłości”), dedykowanym Wally’emu Hope’owi, próbowaliśmy pokazać, że źródłem mojego gniewu była miłość, nie nienawiść i że moje pojęcie jaźni nie należało do egoistycznego społecznie bigota, ale nacechowane było wewnętrznym poczuciem jestestwa. Opatrzyłem album przedmową – moim ulubionym cytatem z Che Guevary:
Pozwól mi powiedzieć, choć to może zabrzmieć śmiesznie, że prawdziwy rewolucjonista kieruje się wielkimi uczuciami, pochodzącymi od miłości.
Mniej więcej w tym samym czasie pojawił się w prasie na całym świecie okryty złą sławą tekst z „Thatchergate Tapes”. Przez kilka miesięcy Pete pracował w wielkiej tajemnicy nad montowaniem nagrania, które przybrało formę rozmowy telefonicznej pomiędzy Reaganem a Thatcher. W nagraniu tym Reagan przyznał się, że jest odpowiedzialny za zatopienie argentyńskiego statku wojennego Belgrano, w którym zginęły setki młodych mężczyzn. W tym czasie Thatcher nie była jeszcze oskarżona za współudział w tej akcji. Później, dzięki informacjom przesłanym nam przez marynarza, który służył na Falklandach, dołączone zostały szczegóły dotyczące zatonięcia brytyjskiego niszczyciela Sheffielda.
Podczas ataku Sheffield miał wartę wokół dwóch lotniskowców, Hermesa i Invincible. Dwa pociski bliskiego zasięgu zostały wychwycone przez radar Invincible, kiedy znajdowały się w odległości stu mil, ale zniknęły z jego ekranów, gdy były już w odległości tylko dwudziestu sześciu mil. Świadomy zagrożenia jakie stanowiły pociski, Invincible ostrzegł Hermesa, ale nie Sheffielda. Podejmując działania obronne, Invincible i Hermes zdołały utworzyć zasłonę antyradarową, wpędzając tym samym Sheffielda w pułapkę. Ten prymitywny akt oszustwa uważany był za konieczny, ponieważ Invincible musiał być chroniony za wszelką cenę. Nagranie wyjaśniało:
– O, Boże – krzyczy Reagan – to nie w porządku. Sprawiłaś, że Sheffield został uderzony. Te pociski obserwowaliśmy na naszych ekranach. Ty też musiałaś je widzieć, a nie ostrzegłaś ich. Co chcesz osiągnąć?
– To, o czym mówiłam wcześniej – odpowiedziała Thatcher. – Andrzej…
Invincible służący za granicą należał do jednego z synów królewskich, księcia Andrzeja. Nic dziwnego, że fakty dotyczące zatonięcia Sheffielda nigdy nie były oficjalnie ujawnione, lub może było tak, jak przedstawił to nasz informator:
Na Sheffieldzie było mnóstwo rozczarowanych facetów. Byli naprawdę wkurwieni, bo to Invincible był odpowiedzialny. Pociski mogły przejść bokiem, ale wątpię. Śmiertelne zagrożenie wisiało nad każdym.
W dalszej części nagrania Pete umieścił straszenie Reagana, że spuści bombę jądrową na Europę w obronie amerykańskich interesów, a była to hipoteza, która w tamtym czasie nie była zupełnie absurdalna.
Przemyciwszy kasetę poza granice kraju, co pewnie było tylko pretekstem, by wziąć sobie tydzień wolnego i spędzić go w Amsterdamie, Pete przesłał kopie do gazet na całym świecie. Przez niemal sześć miesięcy sprawa była uśpiona, zanim podjął ją Departament Stanu w Washington D.C. Stanowcze wypieranie się autentyczności nagrania wskazywało, że metody, jakie zastosowaliśmy, by zdyskredytować dwie głowy państwa, nie różniły się zbytnio od tych, jakie zastosował Departament Stanu do swoich własnych celów. W przeciwnym razie, dlaczego braliby wysiłki Peta, skądinąd amatorskie, tak poważnie.
Nieuchronnie wskazali swym oskarżycielskim palcem w stronę Kremla, twierdząc, że „tego typu działania pasują do sowieckiego KGB, który rozpowszechnia sfabrykowane materiały…”, twierdzenie to zostało następnie podchwycone i ozdobione przez amerykańskie brukowce:
Podżegające do wojny komuchy grają w rosyjską ruletkę, której stawką jest bezpieczeństwo świata, fingując nagranie, by „udowodnić”, że Ronald Reagan rozważa zrzucenie pocisków nuklearnych na naszych sojuszników!
Przybliżyli cała planetę do zgrozy trzeciej wojny światowej w wyniku spreparowania rozmowy pomiędzy Reaganem i brytyjską premier Margaret Thatcher…
„San Francisco Chronicie”
Budząca grozę odpowiedzialność, czy po prostu „Crass – Apokalipsa”? Nie, nie sądzę.
Następnie w Wielkiej Brytanii „Sunday Times” umieścił artykuł zatytułowany „Jak KGB nabiera Zachodnią prasę”:
…Jeśli to nie jest wystarczająco przerażające, to musimy dodać, że słyszymy, jak pani Thatcher przyznaje, że przyczyniła się do zatopienia Belgrano, by zniweczyć jakiekolwiek szanse porozumienia się z Argentyną. „O Boże!”, powiedział Reagan.
Żyliśmy przytłoczeni mieszaniną strachu i euforii. Powinniśmy czy nie powinniśmy zdradzić, że to był tylko kawał? Nasze niezdecydowanie zostało rozwiązane, kiedy dziennikarz z „The Observer” skontaktował się z nami w sprawie „pewnej kasety”. Z początku nie przyznaliśmy się, ale potem – pod warunkiem, że wydrukują nasze oskarżenia dotyczące udziału Thatcher w zatonięciu „Belgrano” i poświęcenia Shieffielda – przyznaliśmy się.
Tydzień później, ukazała się cała opowieść wraz z oskarżeniami:
Sfingowana przez Sowietów taśma jest tylko kawałem grupy rockowej… Dochodzenie w tej sprawie zaprowadziło do odosobnionego domku na farmie w północnym Essex, gdzie ośmiu członków zespołu mieszka ze swoimi dziećmi.
Członkowie zespołu, którzy noszą takie imiona jak Joy de Vivre, G Sus i Sybil Wright, przyznali się niechętnie do sfingowania nagrania.
„Chcieliśmy doprowadzić do dyskusji na ten temat, by zniszczyć pozycję pani Thatcher w wyborach. Wierzymy, że chociaż kaseta jest kawałem, to co jest na niej nagrane jest w rzeczywistości prawdą”.
Do dziś dnia pozostaje dla nas tajemnicą, w jaki sposób „The Observer” zdołał powiązać nas z kasetą. Byliśmy ostrożni w każdym drobiazgu, by mieć pewność, że nikt nie wie o naszej produkcji i dystrybucji. Było to dla nas zasadnicze ostrzeżenie.
Od początku 1977 roku byliśmy zaangażowani w różne formy działalności, od sabotażu do zamieszek. Jeśli ściany rzeczywiście miały uszy, to co jeszcze wiedziano na temat naszych poczynań? Ledwie mieliśmy czas, by rozważyć konsekwencje naszego wyznania, kiedy światowe media rzuciły się na tę historię. Były zachwycone faktem, że „banda punków” zdołała tak skutecznie postawić Departament Stanu w trudnym położeniu, i „przy okazji, co jeszcze zmajstrowaliśmy?”.
Przez wszystkie lata istnienia zespołu nigdy nie przyciągnęliśmy do siebie aż tyle uwagi. Staliśmy się nagle ulubieńcami mediów. Telefon dzwonił bez przerwy. Podróżowaliśmy to tu, to tam, by udzielać wywiadów. Byliśmy maglowani przez rosyjską prasę w towarzystwie amerykańskich kamer telewizyjnych. Byliśmy nadawani na żywo w telewizji śniadaniowej od Amsterdamu po Tokio i udzielaliśmy wywiadów „publikowanych na prawach wyłączności przez jedną stację” każdemu na tyle głupiemu, by użyczył nam czasu antenowego na głoszenie anarchistycznych poglądów na temat światowych wydarzeń.
Zostaliśmy nagle rzuceni na arenę, na której byliśmy traktowani jako pewna forma politycznej władzy i byliśmy traktowani z respektem. Jednak czy to było to, co przez te wszystkie lata planowaliśmy robić?
Po siedmiu latach w drodze staliśmy się tym, co atakowaliśmy. Znaleźliśmy trybunę dla naszych idei, jednak gdzieś pomiędzy linijkami straciliśmy przenikliwość. Jeśli kiedyś byliśmy wspaniałomyślni i otwarci, to teraz staliśmy się cyniczni i zamknięci w sobie. Staliśmy się zgorzkniali, a kiedyś byliśmy radośni; pesymistyczni, a przecież optymizm był dla nas dominującą postawą. W ciągu tych siedmiu lat doświadczaliśmy niemal ustawiczne prześladowań ze strony państwa; teraz uderzyli ponownie.
Nadszedł rok 1984, może nieco mniej totalitarny niż przewidział to Orwell, jednak równie przytłaczający: bezrobocie, bezdomność, bieda i głód. Państwo policyjne stało się rzeczywistością, o czym wkrótce mieli się przekonać górnicy. Równowaga społeczeństwa utrzymywała się na sznurkach od spódnicy, bezwzględnej i nie dbającej o nikogo despotki.
Nasz los jak dotąd był mało istotny. Byliśmy ciągani po sądach, by stawiać czoła oskarżeniom o nieprzyzwoitość, co niemal nas złamało. Policja, która zorganizowała nalot na sklep muzyczny niedaleko Manchesteru, zainkasowała wiele płyt, wśród których znalazło się także kilka albumów i singli Crass. Nazwali je „audio brudami”, po czym wnieśli oskarżenie z paragrafu, który dopadnie nas pewnego dnia, Aktu Nieprzyzwoitych Publikacji.
Przez osiem niekończących się godzin musieliśmy siedzieć w sądzie, podczas gdy zebrani sędziowie słuchali naszych płyt, próbując rozpaczliwie rozszyfrować potok obelg, które tylko najbardziej doświadczone uszy mogły zrozumieć. Gdy tylko udawało im się usłyszeć czteroliterowy wyraz „fuck”, natychmiast fragment odgrywany był ponownie, aby w ten sposób sprawdzić czy popełnione zostało przestępstwo, po czym notowano te fakty w różnych czarnych notatnikach w plastikowych okładkach. Nie wierzę w majestat sali sądowej, więc ledwie zdołałem powstrzymać śmiech, a z powodu mojego niewłaściwego zachowania zostałem stanowczo pouczony, że jeśli nie przestanę, to resztę dnia mogę spędzić za kratkami. Co, oczywiście, tylko pogorszyło sprawę. Zanim sędziowie ogłosili werdykt byłem zmuszony przez długi czas przygryzać usta, także na koniec były czerwone od krwi.
– No – zapytałem naszego prawnika – jakie są nasze szanse?
– Nie mają najmniejszej nadziei na wygranie tej sprawy – odpowiedział z przekonaniem. – Czy nie powinniśmy już wracać?
Kazano nam wstać, po czym przeczytano werdykt.
– Sąd jest świadomy, iż w społeczeństwie obserwuje się postępujące obniżenie standardów, szczególnie w obszarze przyzwoitości. Jest również świadomy, że ciąży na nim odpowiedzialność hamowania tego procesu tam, gdzie może. Na sądzie również ciąży odpowiedzialność, by przeciwdziałać w społeczeństwie, szczególnie wśród ludzi młodych, pojawianiu się zjawisk, które deprawują i demoralizują. Według sądu te płyty pogwałcają Akt Nieprzyzwoitych Publikacji i mogą przejawiać tendencję do deprawowania i demoralizowania ludzi skłonnych do sięgania po nie.
Poza salą sądową nasz prawnik wyraził swoje współczucie.
– Proszę się nie martwić – odpowiedziałem – bomba wybuchnie dokładnie za cztery minuty.
Przez chwilę stał sparaliżowany, po czym obrócił się biały jak papier i dał nogę.
– W porządku, palancie – wrzeszczałem za nim, ale odebrał to jako złowieszcze ostrzeżenie, co było dowodem na to, jak poważnie ludzie nas teraz traktowali.