Przewińmy taśmę do 1978 roku, gdy pierwsza fala punkowej eksplozji zaczęła przemijać, szczególnie w mediach. Oczyszczający wrzask już jakiś czas temu wydarł się z gardła i kurz zaczął już opadać. Pierwszych bohaterów nowego zjawiska – Sex Pistols – wysłano do Ameryki na bezsensowną śmierć, a The Clash zdecydowali, że mimo wszystko nie są jeszcze tak bardzo znudzeni Stanami i zaczynali przeistaczać się w grzeczny zespół rockowy z dobrymi wynikami. Przemysł muzyczny promował zespoły z etykietkami „new wave” i „power pop” i robił to we właściwy sobie sposób, czyli brał na tapetę określony ruch, rozcieńczał jego założenia i idee, by lżejszą papkę można było dostosować do potrzeb masowej konsumpcji; zapożyczał kilka łatwo rozpoznawalnych gadżetów, jednocześnie usuwając z niego całą esencję, ducha. To działanie najlepiej wychodziło działaczom muzycznym. W efekcie na listy przebojów wskakiwały kapele typu The Boomtown Rats, a np. The Jam sami ocenzurowali teksty na albumie „This Is The Modern World”, powiększając tym samym wątpliwości, że kiedykolwiek byli zespołem punkowym. Ale ducha punkowego niełatwo było zamieść pod dywan. Dla legionu brytyjskiej młodzieży punk był czymś więcej. Ponieważ, tak jak wielkie powojenne ruchy młodzieżowe przed nim – bitnicy, tedsi, modsi czy hippisi – wskazał jednostce drogę do osobistego wyzwolenia i odkrycia siebie, znalazł miejsce dla outsiderów, romantyków, skandalistów, ludzi poszukujących mniej zwyczajnego życia. I raz odkryty odczuwany był jako zjawisko ważniejsze niż zwykły trend, który odchodzi w zapomnienie, kiedy odgórnie zarządzony zostaje powrót do bezdusznej subkultury mod czy też moda na rozwodnione power pop. Punk głosił ideę DIY („Do It Yourself”, przyp. red.), według której każdy może działać samodzielnie. Zachęceni szczątkową naturą muzyki punkowej słuchacze w całym kraju wprowadzali założenia tej idei w życie i sami zakładali kapele i wydawali fanziny. Na okładce pisemka „Strangled” (a nie „Sniffin' Glue”, jak mu się często przypisuje) zamieszczono ilustrację przedstawiającą ustawienie palców na trzy akordy i podpisano: „tu masz trzy akordy – teraz załóż zespół". Idea DIY nie była jednak w zupełności realizowana, bo o ile zgodnie z jej założeniami należało zbudować nowy ruch społeczny zupełnie od zera, odcinając się od tradycji hipisowskiej („Przyszedłem znikąd i zaraz tam wracam", Buzzcocks), o tyle rzeczywistość wyglądała inaczej. Nie da się zaprzeczyć, że zarówno Pistolsi jak i The Clash były sprawnymi, kompetentnymi muzycznie zespołami rock'n'rollowymi. Szczególnie The Clash nie byli żółtodziobami. I, pomimo publicznych deklaracji Malcolma McLarena i wczesnych wywiadów Sex Pistols („Nienawidzę hippisów, nienawidzę długich włosów", John Lydon), ruch punkowy miał przynajmniej tyle wspólnego z ideałami poprzedzającego go ruchu hippie, ile się od niego różnił. Istniała społeczność, który uwierzyła w nową ideę i zaczęła wprowadzać ją w życie. Gdy pierwsza fala punków wróciła na swoje ciepłe posadki, powstała próżnia, którą zaczęły wypełniać coraz liczniejsze rzesze wystrojonych „buntowników” zasilane przez znudzone dzieciaki, którym także udzielała się atmosfera ogólnego poruszenia. W tym kontekście konfrontacja, a nie można tego określić innym słowem, z pierwszą płytą Crass „Feeding of the Five Thousand” była jednocześnie szokującym odkryciem i niemalże wybawieniem. Gderanie Ronniego Biggsa, że „tym razem to prawda”, było niemal zniewagą wobec nadziei i marzeń całego pokolenia. Pojawienie się Crass dało nadzieję, że tym razem punkrock mógł zaistnieć na serio. Powstał zespół, który wydawał się brać anarchię na poważnie, na dobre i na złe. I być może nawet wiedział, co ona oznacza.
Jeśli przyjąłeś credo wolne od politycznych uwikłań, credo, z którego ty sam nie możesz oczekiwać wyciągnięcia żadnych materialnych korzyści, to musi oznaczać, że masz rację? George Orwell
Dla znudzonego nastolatka album „Feeding Of The Five Thousand” był pod wieloma względami bezprecedensowy. Być może starsze pokolenia zauważyłyby, jak wiele muzycy zapożyczyli z kontrkultury hippisowskiej oraz wcześniejszych tradycji, ale tak czy inaczej płyta Crass wydawała się krzyczeć prosto w twarz, uczciwością i miłością. Ten krzyk wzywał do powstania na baczność. Płyta ta ośmielała się sugerować, że punk był (a przynajmniej mógł być) czymś więcej niż pierdnięcie w twarz władzy. Przeczucie, że Crass nie jest zwykłym zespołem wkradało się do świadomości jeszcze nawet przed wysłuchaniem albumu. Kilka sklepów muzycznych z tamtych czasów ogłaszało się na tylnej okładce tygodnika muzycznego „Sounds”. Chyba najbardziej zapamiętanym z nich jest Adrians, ale pod względem wyboru płyt punkrockowych najlepszy był Small Wonder. Przy mieszczącym się na Walthamstow we wschodnim Londynie i prowadzonym przez Pete’a Stennetta sklepie działała także wytwórnia płytowa, z której wypływał mocny strumień niezależnych wydawnictw punkowych pokroju Patrik Fizgerald, Menace czy Punishment Of Luxury. Na samym dole każdego ogłoszenia w tygodniku „Small Wonder” reklamowali singiel Crass – „maksisingiel z 17 kawałkami za 1,99 funta”. W okresie, kiedy albumy sprzedawano przeważnie za 3,99 funta taka cena była rewelacyjna. Równie ciekawe było to, że winyl z siedemnastoma kawałkami nazwany został singlem. Być może to tylko semantyka, ale mogła to być też sugestia, że istnieje zespół, który traktuje punk tak poważanie jak i odbiorcy, którzy, w tym czasie, czuli się coraz bardziej opuszczeni (w najlepszym razie) albo zaprzedani (w najgorszym razie) przez duże kapele punkowe. |