„Z jednej strony odrzucacie boga, a z drugiej dla Crass najchętniej byście postawili ołtarzyk” powiedziała z wyrzutem dziewczyna, w której się durzyłem jakieś ćwierć wieku temu. Aż do momentu, gdy poznałem oryginał książki George’a Bergera (by czym prędzej zaoferować się jako jej potencjalny tłumacz), a może jeszcze później, gdy pracowałem nad przypisami, po raz kolejny czytając całość, nie zdawałem sobie sprawy, jak celnie trafiła... Crass przebili się przez żelazną kurtynę z początkiem lat osiemdziesiątych XX wieku, wśród ówczesnej punkowej braci w kraju nadwiślańskim zaistnieli na dobre w 1983 roku, niemal u schyłku swego istnienia. W owym czasie zespół był swego rodzaju kolejnym stopniem wtajemniczenia. Jedni zadowalali się dość powierzchownym buntem Sex Pistols, innych porywała łobuzerka Exploited czy wręcz degrengolada Disorder – wszystko jednak w ramach indywidualnie rozumianego protestu przeciw skostnieniu norm społecznych. A tu nagle objawia się ekipa otoczona nimbem tajemniczości, rozpoznawalna od pierwszego dźwięku i pierwszego rzutu oka, wyznaczająca nowe drogi, a nie tylko burząca stare mury. Zdecydowany antywojenny przekaz dla nas był nie tyle krzykiem rozpaczy wobec sytuacji w ich własnym kraju, ile gigantycznym gestem wsparcia dla tych rzesz punkowców, których złudzeń brutalnie pozbawiała obowiązkowa (wtedy) służba wojskowa na rzecz armii, co do której nie byliśmy pewni, czy zostanie poprowadzona przeciw Czechom, czy rodzimym górnikom, a z którą z całą pewnością się nie identyfikowaliśmy. Z drugiej strony zasieków bezradnie przyglądaliśmy się eskalacji zbrojeń, wchodziliśmy dopiero w życie, ale tłamszenie naszej wolności słowa jednoczyło nas. Mieliśmy w dupie kościół, patriotyczne wymachiwania szabelką, na nerwy działał nam kult konserwatywnego papieża, nie kręcił bełkot świadków Jehowy ani new age’owe fałszywe uśmiechy krisznowców. I chłonęliśmy, zapewne z niemal religijną żarliwością neofitów, mistykę symboli, prostotę przekazu, a zarazem jego utopijność. Anarchia i pokój – cóż mogło być doskonalszego? Ten „kościół”, odrzucając autorytety, jednocześnie rzeczywiście ustawiał sam zespół na piedestale. Z cierpliwością mnicha tłumaczyłem teksty z kolejnych zdobywanych płyt, nie zdając sobie sprawy (często jeszcze wiele lat później) z ich kontekstu. Nie ja jeden. Ludzie rzucali się na te niezwykle wydane płyty i ze słownikami w ręku odcyfrowywali ten, trudny przecież i stylistycznie karkołomny, zapis. Gdy w pewnym momencie gruchnęła wiadomość, że Crass ma zagrać na jednym z festiwali organizowanych przez walczący o zniesienie obowiązku służby wojskowej ruch Wolność i Pokój (WiP), na kolejnej edycji festiwalu Hyde Park, nie zważając na to, że zespół już od kilku lat nie istniał, szykowaliśmy się na „zmartwychwstanie”, do którego oczywiście nie doszło. Nie wiem, na ile zamierzenie, a na ile poprzez bardziej „wykoncypowaną” wizję zespół skutecznie rozmontował własny pomnik. Sami gorzko mówią o końcowym etapie swej działalności, o ostatnich wydawnictwach. „Yes Sir, I Will” było i pewnie jest praktycznie niemożliwe do zrozumienia poza Wielką Brytanią AD 1983. Bardzo trafnie z krajowej, a zarazem antysystemowej perspektywy skomentował to Kaman, śpiewając ze swym Miki Mausoleum:
Brytyjscy górnicy nie mają już sił, przez prawie rok walczyli o swe prawa, brytyjscy górnicy nie mają już sił, bo walka z polskim węglem to niełatwa sprawa. Żelazna Lady zaciera ręce, śląskie pieruny są uparte w pracy i włażą w dupę pani Thatcher, by pomóc załatwić swych brytyjskich braci. PROLETARIUSZE WSZYSTKICH KRAJÓW ŁĄCZCIE SIĘ!!! NIECH ŻYJE ROBOTNICZY INTERNACJONALIZM!!!!!!!!!!! Patrzcie i uczcie się, jak kapitalistów wspomaga socjalizm...
Chwała autorowi tej monografii o Crass, że na łamach jednej publikacji połączył nieco nawiedzone i trochę zgorzkniałe sądy Penny’ego, ironiczne (choć wydaje mi się, mając w pamięci osobiste kontakty, że opisane nieco na wyrost) podejście Ignoranta oraz dystans, jaki prezentuje większość pozostałej ekipy. Demistyfikuje „bogów”, ukazuje ich wady, opowiada o momentach trudnych czy wręcz krytycznych. Może dobrze się stało, że całość została zamknięta przed serią koncertów pod szyldem „Feeding Of The 5000”, zainicjowanych przez Ignoranta, który grał materiał Crass z zaproszonymi gośćmi, co doprowadziło do stanowczego sprzeciwu reszty zespołu...
Jest w książce takie zdanie wypowiedziane przez Steve’a Ignoranta „Jesteśmy w kapeli punkowej, nie zmienimy pieprzonego świata”. Autor książki czujnie to komentuje: „Tylko, że zmienili. Dobra, w pewnym sensie”. Wielkość Crass polega na tym, że nikomu nie kazali powielać swego schematu (choć pragnących tego była i jest masa). Pokazali jedynie, jak wiele z tego, o czym marzymy wkraczając w samodzielne życie, jest możliwe do zrealizowania. Pokazali, że nie musimy zamieniać marzeń na etat w fabryce, biurze, na stanie przy garach. Tak jak egzystencjaliści pokolenie wcześniej, Crass wręczają nam młyński kamień wolności i rzucają na głębokie wody, mówiąc: „Nie ma autorytetów poza tobą samym”. Uszaty, wrzesień 2009
PS1. „Crass? Nienawidzę ich – zabili rock’n’rolla w punk rocku”, usłyszał mój kolega od przygodnie spotkanego na jakiejś imprezie modnego punkowca (w reakcji na badżik Crass). Przecież oni właśnie tego rock’n’rolla, jako muzykę buntu i głos pokolenia przez cały czas starali się reanimować. Ale jeśli dla kogoś r’n’r to markowe ciuchy i sobotnie piwo w knajpie, to może i ma rację. Ale wtedy to żadna szkoda.
PS2. Dziękuję Marcie za podchwycenie pomysłu i wzięcie na swe barki lwiej części pracy, Jonowi za bieżące „fachowe” konsultacje oraz Nice za pomoc na finiszu. |